Jak flaki z olejem
W sumie to nie wiem, czy pisać jeszcze o Portugalii, czy wrócić do spraw bieżących. Ociągam się z tym tekstem od kilku dni i suma summarum wychodzi z tego potężne nic. Ale potrzebuje się wypisać, więc będzie misz-masz.
Z Portugalii zapamiętam głównie jedno: naprawdę odpoczęłam. I pierwszy raz w życiu wróciłam opalona, a nie spalona na popiół.
Jedyny wybitnie chujowy moment był wtedy, kiedy moje ciało postanowiło zamienić się w gąbkę. Najpierw spuchłam od nagromadzonej wody, a kiedy standardowo wjechał okres, przez dwa dni sikałam co pół godziny. Fantastyczna sprawa.
Do tego doszła niestrawność: nocne mdłości, ból żołądka i oszałamiająca biegunka. Ale tak to jest jak się nagle wpierdala bułki pszenne i popija piwem.
Tylko, że wyjazdy to również poznawanie regionalnej kuchni, co nie?
Zjedliśmy kurczaka piri-piri, którego zdążyłam już odtworzyć na ziemi niemieckiej.
Najbardziej smakowała mi jednak cataplana, czyli portugalska potrawa jednogarnkowa. Powiedziałabym, że to taki gulasz, który można zrobić z wieprzowiny albo owoców morza. Oczywiście wybrałam opcję numer dwa, więc zajadaliśmy się krewetkami, małżami i kawałkami głowacicy.
Byłam przekonana, że ta ryba będzie smakować jak podeszwa, bo nie wygląda zbyt sympatycznie - mnie przypomina demona xD Tymczasem była naprawdę dobra.
I tutaj krótki alert dla Himawari: jeśli na Fuerteventurze przyjdzie Ci do głowy, żeby opitolić murenę, odpuść. Szkoda miejsca w żołądku.
Moim kolejnym celem była feijoada czyli gulasz z lokalną kiełbasą i fasolą.
Wracając na kwadrat, trafiliśmy do obskurnej restauracji. Znacie zapewne teorię, że im gorsza speluna, w której stołują się wyłącznie tubylcy, tym lepsze jedzenie? No więc nas też zaskoczyli. Tylko trochę inaczej.
Najpierw czekaliśmy na napoje dobre pół godziny. Machnęliśmy ręką, bo cała obsługa wyglądała, jakby od dekady była na emeryturze. Problem w tym, że po zamówieniu napojów nikt już do nas nie podszedł.
Mój Stary zawołał kelnera wyjątkowo miło, bez spinki, na co pan, wyglądający jak gargamel, zareagował w ten sposób: najpierw rzucił tacą o ziemię, potem podszedł do stelaża od namiotu, a następnie zrobił na nim perfekcyjny human flag (serio xD). I po prostu sobie poszedł.
My też sobie zatem poszliśmy.
Co ciekawe, tubylcy mieli taryfę ulgową i byli migiem obslugiwani, a obcy najwyraźniej powinni posiadać anielską cierpliwość. A że mi do anioła daleko, wolałam ewakuację.
W drodze do apartamentu wygooglowałam meksykańską burgerownię. Mamy ze Starym taki patologiczny zwyczaj, że testujemy burgery i kebaba w każdym zakątku Europy.
I tutaj zjedliśmy genialnie. Obsługa uwijała się, zabawiała nas, a po otrzymaniu napiwku kelner jeszcze dla nas zatańczył xD Da się? Da się.
Zaliczyliśmy też lokalnego kebaba. W środku, zamiast klasycznych dodatków, były małe chipsy wyglądające jak mikroskopijne frytki. Do tego wzięliśmy patties z sosem serowym. Dupy nie urwało, ale sam lokal był całkiem spoko - na dachu budynku, z basenem i wodospadem. Czyli w sumie wszystko pod Instagrama i pokolenie Z.
A przechodząc do moich własnych kulinarnych podbojów i skłonności do dziwnych decyzji: wczoraj do godziny 23 walczyłam z flakami wołowymi.
Normalnie kupujemy już pokrojone i zblanszowane, ale w ruskim sklepie trafiliśmy na kawał surowego flaka. Niby oczyszczony, ale podczas wielokrotnego gotowania wydzielał taki smród, że sąsiedzi mogliby snuć teorie, że kogoś poćwiartowałam i trzymam owe zwłoki w komodzie.
Dzisiaj robię rosół wołowy i wykańczam tę zupę. Jeśli nic nie napiszę przez najbliższe dwa tygodnie, to znaczy, że się otrułam albo sąsiedzi mnie zgłosili :)
Żeby nie było: nie jestem na keto. Ale to nic nie szkodzi, bo najważniejsze, że zjazdów energii jako tako brak. W ciągu tygodnia zaliczyłam tylko jedną popołudniową drzemkę. A tak to śpię jak zabita i nie wybudzam się w nocy, co jest dla mnie sukcesem.
Nie ma też - póki co - rzucania się na żarcie. Powiedziałabym wręcz, że najadam się małą porcją i mogłabym żyć na jednym posiłku. Nie zamierzam jednak tego sprawdzać, bo potrzebuje energii do działania. Aby podbić kalorie, na kolację wjeżdża jogurt grecki z mrożonymi truskawkami i chałwą.
Na wadze minus kilogram od powrotu. Przez weekend pewnie poleci więcej, bo wreszcie nie ma stresu, który pewnie wywala mi kortyzol (i dzięki Bogu, bo to trzyma mnie w ryzach).
Teraz część najbardziej popierdolona czyli praca - to główna przyczyna dlaczego muszę się wypisać na blogu :)
Codziennie nowe niespodzianki, durne dyskusje i problemy z dupy. Ten tydzień był wręcz nimi naszpikowany. Normalnie circus maximus.
Na przykład miałam ostrą ścinę z przydupasem szefowej. Po mojej wiązance gość po prostu zapadł się pod ziemię. Nikt nie mógł go znaleźć, a jedynym dowodem na to, że żyje, był email wysłany z telefonu, że jutro robi home office. Czyli tak - przedszkole.
Miałam nawet chwilowe wyrzuty sumienia, że pojechałam po nim za ostro, bo uwierzcie mi, że nie potrzebuję kogoś oświecać, że leci w chuja. Okazało się jednak, że główni przełożeni byli zachwyceni, że tak załatwiłam sprawę. No i właśnie taką chcą mnie widzieć.
Nie wiem jak to jest, że człowiek przez pół życia uczy się komunikacji, empatii, rozwiązywania konfliktów i pracy zespołowej, a potem odkrywa, że wystarczy powiedzieć komuś wprost, żeby przestał odpierdalać, i nagle wszyscy są szczęśliwi.
No, ale też żenujący jest wg mnie fakt, że osoby najbardziej decyzyjne, które powinny umieć rozmawiać z personelem nie potrafią kogoś postawić do pionu i liczą, że krasnal z Polski będzie firmowym cerberem.
Jeszcze z jedną personą stoczyłam kolejną dyskusję (tak, tą). Były żale, ale w taki sposób, że musiałam być stanowcza. Powiedziałam jej prosto w twarz, że jeśli jej coś nie pasuje albo z przyczyn zdrowotnych nie może czegoś robić, to w biurze siedzi jeden koleś, któremu takie rzeczy się zgłasza. Nie ruszyły mnie łzy w oczach czy opowieść o tym, że po jednym dniu pracy musiała wziąć tabletkę przeciwbólową.
Mogłam wyjść na sukę, ale nie jestem od oceniania, czy komuś rzeczywiście coś jest. Nie mam ani kompetencji medycznych, ani najmniejszej ochoty prowadzić prywatnego śledztwa. Jeżeli ktoś ma ograniczenia zdrowotne, zgłasza je odpowiedniej osobie i to ona ustala, co z tym robimy - czy będzie to całkowita zmiana stanowiska czy tylko konkretne ograniczenia. I takie zgłoszenie to żadne podpierdalanie mojej decyzji, a troska o własne zdrowie.
Problem zaczyna się wtedy, kiedy zamiast pójść do menagera, ktoś urządza objazd po magazynie i opowiada kolejnym osobom, jaka stała się tragedia. Jak jedna osoba zaczyna narzekać, to druga słyszy, że pierwszej jest źle i nagle kurwa wszystkim jest źle, chociaż przez ostatnie dziesięć lat wszystko było okej xD
A ja nie zamierzam zarządzać magazynem metodą, że jedna pani drugiej pani powiedziała. Mam wyznaczać priorytety, organizować pracę, pilnować żeby wszystko było zrobione na czas. I chociaż uważam się za dość empatyczną, to nie mogę obchodzić się z ludźmi jak ze zgniłym jajkiem. To znaczy, jeśli ktoś nagle ma gorszy dzień to ma taryfę ulgową, ale problem w tym, że niektórzy mają wiecznie coś lub uaktywnia się u nich choroba w momencie, gdy zadanie jest nielubiane. A niestety, ale podczas dyskusji wyszło, że zarządzanie ludźmi powinno działać trochę jak parasol: dla niej ochronny, dla reszty najlepiej dziurawy :)
Staż pracy też mam w głębokim poważaniu, bo nie jest żadną miarą kompetencji czy specjalnych przywilejów. Jak ja to mówię, niektórzy mają po prostu jeden rok doświadczenia powtórzony dwadzieścia razy. No i tu jest kolejny zgrzyt, bo zdarzają się jednostki zakladające, że jeśli są wystarczajaco długo zatrudnione, to mają specjalne przywileje. Jasne, że można je mieć, ale na to trzeba pracować wykazując inicjatywę.
I tym optymistycznym akcentem dochodzimy do puenty xD Oficjalnie zostałam chyba najbardziej znienawidzoną osobą w tej firmie i czuję się z tym obrzydliwie... dobrze. No, może oprócz dziwnego nerwobólu objawiającym się kłuciem prawej strony głowy. Jakby ktoś robił akupunkturę bez ostrzeżenia.
A teraz idę zrobić bulion. Jeśli przeżyję flaki, przeżyję już wszystko.









To zdjęcie poniżej konia, a powyżej kota - to co to jest 🤔
OdpowiedzUsuńMalutki gekon, prawdopodobnie murowy.
Usuńno mega mi się podoba ten tekst z rokiem doświadczenia powtórzonym dwadzieścia razy. Świetne ! u mnie też są takie babki co w ogóle nie robią progresu, kłócą się, że coś się robi w dany sposób a tak robiło się 10 lat temu a od tamtej pory wytyczne zmieniły się trzy razy. U nas w pracy niestety jest drabinka 1. Starzy zdolni. 2. Starzy sieroty a dopiero 3 młodzi zdolni i 4 młode sieroty.
OdpowiedzUsuń