Update
Pomyślałam, że zrobię mały życiowy update, gdyby ktoś jakimś cudem zaczął się zastanawiać, czy jeszcze żyję. Czemu mnie mniej na bloggerze? Ano, dalej mój mózg nie współpracuje tak jakbym chciała :P
Żeby nie przeciążać resztek swoich szarych komórek, polecę skrótem:
W pracy trwa właśnie gorący okres. Cały zarząd wraz z szefem seniorem ewakuował się na urlopy i... zrobiło się tak spokojnie, że dosłownie odpoczywam w robocie. Nie zrozumcie mnie źle - nie leżę cyckami do góry. Po prostu w porównaniu z zeszłym rokiem jest spokojniej. No, może oprócz tego, że pracownikom odpierdala i prześcigają się w chujni. Ale od tego są pisemne nagany, które stosuję.
Największy kamień spadł mi z serca, gdy mój menedżer udał się na swoje zasłużone trzytygodniowe wakacje. Dzień wcześniej, podczas przekazywania obowiązków, procedur kryzysowych i innych pierdół, doszło do dyskusji, po której się poryczalam. A tak to luz. Jako dziecięca cesarzowa - jak zwykł nazywać mnie mój Sycylijczyk - robię swoje najlepiej, jak się da w tych absurdalnych warunkach.
Nadal śpię zdecydowanie za dużo. Popołudniami padam, potem wciągam żółtko, snuję się po domu niczym zombie i nie robię nic pożytecznego. I takie leżenie pod prześcieradłem - bo na kołdrę za gorąco - zaowocowało genialnym pomysłem powrotu na keto. A ponieważ moim tegorocznym hobby jest wywalanie pieniędzy na rzeczy, bez których spokojnie mogłabym żyć, zamówiłam paski do badania ketonów z moczu oraz urządzenie do mierzenia stężenia acetonu z oddechu. Glukometr z pomiarem ketonów z krwi oczywiście mam, ale paski są drogie, a ich przydatność dość krótka. Wolę więc dmuchać w ustnik.
Po 24h diety wysikuje dość spore ilości ketonów, a nowy gadżet pokazal liczbę 14 ppm, co jest zajebistym wynikiem.
Jadłospisu ketogenicznego nie będę tu wrzucać, bo wałkowałam temat tyle razy, że nie ma to sensu. Fakt jest taki, że dieta jest droga i Stary po pierwszych zakupach zaczął narzekać, że puszczę go z torbami.
Za jakiś czas na pewno podzielę się refleksją na temat mojego samopoczucia. Kalorii, jak zwykle, liczyć nie zamierzam. Będę jedynie zerkać na makroskładniki, żeby przypadkiem nie przedawkować węglowodanów i nie wylecieć z ketozy. Ten sposób żywienia naprawdę dobrze na mnie działał. Przynajmniej tak pamiętam.
O monsterach mogłabym pisać godzinami, ale oszczędzę Wam cierpień. Mniejsze okazy w końcu łaskawie zaczęły wypuszczać liście. W tempie mniej więcej jednego miesięcznie, więc jeśli nic się nie zmieni, będę musiała przeorganizować salon.
Większe sadzonki, które ukorzeniałam po brutalnym obcięciu matki-monstery, zostawiłam na dobę na balkonie. Jak pewnie się domyślacie, słońce przepięknie je spaliło xD
Matka-monstera również odżyła i już wypchnęła dwa nowe liście oraz jakiegoś małego bąbla przy samej ziemi.
Plan na przyszły rok jest taki: wszystkie sadzonki lądują w jednej wielkiej donicy. Zasada "jedna roślina - jedna doniczka" może mnie serdecznie pocałować w tyłek. Starą monsterę zetnę w pień, a korzenie wyjebię do kosza.
Upały dają w kość. Weekendy spędzalismy zwykle nad Mozelą, kosząc się w wodzie. Od tego weekendu mamy szlaban, bo wykryto w rzece sinice. Oczywiście korciło mnie, aby jednak jechać, wejść do wody, a nawet się jej napić by się rozesrać.
Z życia wsiowego: podczas ostatnich upałów zmarł nasz sąsiad, który od lat był nieodłącznym elementem osiedlowego krajobrazu. Kiedyś codziennie wychodził z psem i pełnił funkcję lokalnego meteorologa, regularnie informując nas o nadchodzących zmianach pogody. Przez ostatnie dwa lata ograniczaliśmy się już tylko do machania sobie z okna, bo sąsiad mocno się rozchorował, ale mimo wszystko jakoś dziwnie bez niego.
Co jeszcze? Jakiś czas temu młody jeleń zaplątał się w ogrodzenie, jakieś 50m od naszego domu. Po wezwaniu straży pożarnej i mojego biegającego lekarza rodzinnego (który zupełnym przypadkiem jest również myśliwym), okazało się, że zwierzęcia nie da się uratować i trzeba je uśmiercić. Na szczęście nie oglądałam tego na żywo, bo akurat jechałam do pracy.
A... No i wędkujemy, bo Stary opłacił kartę.
Z innych,.spontanicznych zakupów: kupiłam na przerwie w pracy bilety lotnicze. We wrześniu lecimy do Portugalii. Na razie nie mamy noclegu, samochodu, ani żadnego planu zwiedzania xD
Na koniec wrzucam zdjęcia tego, co udało mi się przyrządzić przed przejściem na keto:
Makaron orzo z omułkami
Chinkali:
Sernik z jogurtu greckiego i galaretek:














O nie, ja też rozmyślam nad Portugalia we wrześniu, czekam na akcept pomysłu przez pana męża! Ale byłoby śmiesznie się spotkać przypadkiem haha ciekawe czy byśmy się poznały! I tak, oczywiście ze sprawdzałam, czy piszesz, ale nie chciałam Cię nękać panikującymi komentarzami :P powodzenia na keto, ja też pamiętam z Twoich wpisów, że dobrze się na tym czułaś
OdpowiedzUsuńU Ciebie to jedzenie jest zawsze takie super. U nas tez sezon urlopowo-chorobowy. Ja wzielam tylko dwa tygodnie wolnego, bo i tak te koncowke lipca - sierpnia jest luz. Moj szef sie po wakacjach rozchorowal z dzieciakami i go w tym tygodniu tez nie ma, co prawda mam robote ale jest cisza, spokoj...praktycznie zero jakis zobowiazan terminowych. Wole wziac 2 tygodnie wolnego w pazdzierniku zawsze :D
OdpowiedzUsuń