Bez zbędnych ochów i achów

Przede wszystkim widzę jeden plus suszy stulecia panującej w Europie: Pimpek nagle ozdrowiał i nie wykazuje żadnych objawów artretyzmu. 

Niestety, ten klimatyczny kataklizm ma również minusy: lasy i pola się jarają. Tu zdjęcie z zeszłej niedzieli: 

Ren ma rekordowo niski poziom wody, co paraliżuje transport surowców i równie odbija się na dostawach. W robocie cisza jak po apokalipsie. Pracowników z agencji już pogoniliśmy do domu, black friday w tym roku nie przewidujemy ( przynajmniej jedna tragedia nas ominie), zamówień mamy tyle co nic, a dostaw okrągłe zero.

O swoją posadę się nie boję, Stary też raczej nie wyleci na pysk. Część załogi powinna jednak powoli zacząć rozglądać się za kartonami, szczególnie zatrudnieni na umowach czasowych.


Przyszło mi wyrównanie za gaz (nadpłata!!!), więc zgodnie z najlepszymi zasadami odpowiedzialności finansowej - wydałam część hajsu bez mrugnięcia okiem.

Kupiliśmy ławkę na balkon, bo nasze ratanowe krzesła zaczęły pękać pod ciężarem naszych własnych dup. 

Do tego dokupiłam kawałki bambusa na drabinkę dla monstery variegata albo, czyli tej bardziej skarłowaciałej i bardziej pnącej wersji deliciosa.

Na Zalando zamówiłam jeszcze parę koszulek do pracy i trzy bikini.

Wróciła moda na wzory zwierzęce. I chociaż gardzę panterką, to w porywie fantazji wzięłam zestaw ocelota, drugi w zgniłą zebrę, a trzeci w barwach flagi Brazylii xD

"Cycniki" są w miarę spoko. Doły natomiast... Ło ja pierdolę xD

Nie wiem, jaki projektant stwierdził, że współczesna kobieta marzy o pokazywaniu tylka obcym ludziom. Zastanawiam się też jakie mikro pośladki miały też modelki na zdjęciach, że nie rzucało się to aż tak w oczy. Teraz pytanie czy to odesłać, czy zatrzymać, bo wizja świecenia gołą dupą na plaży jakoś średnio wpisuje się w moje wakacyjne marzenia.

Przy okazji muszę pożegnać się z moim ulubionym strojem kąpielowym. Materiał bezlitośnie obnaża swój wiek i zaczął paskudnie się mechacić. Po dziesięciu latach służby czas wypierdolić go do kosza. Był wierny. Był wygodny. Był ze mną w dobrych i złych czasach. Nie był jednak nieśmiertelny.

Na dowód jego świetności załączam zdjęcie. I zanim ktoś zarzuci mi bezczelne chwalenie się figurą: tak, oczywiście, że wykorzystuję sytuację. Tym bardziej że zdjęcie było robione po wakacjach, więc opalenizna robi tu za bezpłatny filtr i sprawia, że całość wygląda lepiej, niż powinna.



Keto wciąż trwa, chociaż poziom ketonów nieco spadł. Przyznaję się bez bicia: nie wmuszałam w siebie na siłę tłuszczu i żywiłam się głównie keto.moussaką. Zamiast beszamelu waliłam warstwę z ubitych jaj i mascarpone (szczerze polecam).


Węgli raczej nie przekroczyłam, bo paski do pomiaru moczu wciąż są ciemne, ale wynik poniżej 10 ppm jest, delikatnie mówiąc, osobliwy. 

Nurtowało mnie też, jak ta tłuszczowa katusza wpłynie na okres - i proszę bardzo, mój układ hormonalny zareagował niemal książkowo. Zero spóźnień, pms znikomy, krwawienie całkowicie w normie. Tutaj muszę nieskromnie zaznaczyć, że należę do tego irytującego gatunku szczesciar: okresuję zaledwie trzy dni :D

Przed urlopem muszę jednak zaplanować jakieś powolne i cywilizowane wyjście z tej diety. Nie po to jadę na wakacje, żeby udawać świętą, żreć awokado i odmawiać sobie zimnego piwska czy dojrzałych owoców.


Waga: hiper stabilna... Po pierwszych spadkach nic nie idzie w dół i jest to doskonała wiadomość. Chudnięcie w moim wykonaniu wygląda po prostu debilnie i jest niewskazane.

Dzisiejszy plan: żaden. Czyli sobotni freestyle kołchoz domowy: sprzątanie tej nory, kończenie drabinki dla rośliny, pranie, a zakupy dopiero wieczorem, bo Stary jest na jakimś montażu.

Komentarze

Popularne posty