Uff jak gorąco

Nie miałam ani siły, ani weny,  żeby cokolwiek napisać, ale melduję że żyję. Wróciłam do mojego rutynowego kieratu, a w nagrodę niemiecka ziemia postanowiła powitać mnie upałami. I o ile zazwyczaj nie mam problemu z wysokimi temperaturami, o tyle umówmy się, że 35 stopni po zachodzie słońca to już nie jest lato, a piekło.

Żeby było weselej, moje mieszkanie zahacza o poddasze, a niemiecka myśl architektoniczna, jeśli chodzi o izolację budynków, zatrzymała się na etapie wczesnego średniowiecza (zupełnie jak cyfryzacja). W tym momencie, gdy do Was piszę, na moim kwadracie termometr pokazuje 31 stopni. Pocę się, gdy sięgam po butelkę wody. Pocę się, gdy przewracam się z boku na bok. Pocę się, stojąc prosto przed wentylatorem, który jedynie leniwie mieli gorące powietrze z innym gorącym xD xD xD

W pracy wcale nie jest lepiej. Pięć dni z rzędu bez ani jednej chłodniejszej sekundy sprawiło, że mój mózg zaczął boleć, choć podobno jest to biologicznie niemożliwe. W magazynie mamy okna z pleksy, które genialnie potęgują efekt szklarni, zmieniając halę w gigantycznego grilla. Ten pięciodniowy zaduch w robocie i w domu zaowocował u mnie tak potężnymi bólami głowy, że moja dieta od poniedziałku składała się wyłącznie z lodów i excidrinu. 

Jakby atrakcji było mało, dojechała nas własna lodówka. Podejrzewam, że pod naszą nieobecność młoda zbyt mocno wczuła się w rolę idealnej opiekunki i trochę za bardzo szalała z rotacją wkładów do lodówki turystycznej (chłodziła nimi terraria). Istnieje też spora szansa, że po prostu nie domknęła drzwi.

W każdym razie zauważyłam, że zamrażarka ledwo dycha. Co prawda termostat pokazywał -20 stopni, ale fakt, że lody zamieniły się w zupę, zweryfikował te termostatyczne kłamstwa. Chwilę później oszalała też chłodziarka, prezentując temperaturę 18 stopni.

Miałam już nigdy nie korzystać z pomocy ai, ale w obliczu tej katastrofy humanitarnej musiałam przeprosić się z technologią. Sztuczna inteligencja kazała zacząć od odkurzenia tej cholernej kratki z tyłu. Oczywiście gówno to dało. Następnego dnia mój Stary zorganizował konsylium i burzę mózgów w pracowniczej palarni, po czym - uciekając z roboty z prędkością światła - wrócił do domu i zaczął wysyłać mi fotorelację z rozmrażania.

Wszystko w zamrażalniku topniało w oczach, a ja zaliczyłam kolejny kryzys, bo nagle straciłam źródło chłodzenia dla moich gadów. Wygrzebałam resztki lodu, rzuciłam na wentylację, osuszyliśmy wnętrze, Stary podpiął sprzęt z powrotem do prądu, i ruszyliśmy w miasto z misją ratunkową. Zjeździliśmy kurwa pięć różnych marketów, bo w tym chorym mieście wszyscy nagle zapragnęli kruszonego lodu. Kiedy w końcu go dorwałam, wzięłam 6 kilo.

Wracając do realiów mojej ukochanej pracy: moja "ulubiona" koleżanka z działu tradycyjnie odpaliła swój popisowy numer. Gdy tylko na horyzoncie pojawiła się góra roboty, ona natychmiast ewakuowała się na zwolnienie lekarskie. To już tradycja - wracam z urlopu, jej nie ma, a na moim biurku czeka stos najróżniejszych chujowin.

Żeby nie było nudno - w ostatni dzień przed urlopem zaliczyłam potężnie toksyczną sytuację. Mimo, że mam bardzo niewyparzoną gebe, to tym razem jakimś cudem opanowałam swojego wewnętrznego dresa i skonfrontowałam się z typem z innego działu w sposób wręcz nieprzyzwoicie profesjonalny.

Już w lutym zgłaszałam, że kolesia trzeba utemperować, ale oczywiście zostało to olane. Na ten moment muszę  robić notatki z dokładną datą, godziną i trzymać się wyłącznie suchych faktów, bo moje oraz moich współpracowników subiektywne odczucia nie są żadnym argumentem do wyciągnięcia konsekwencji.

Wczorajszy dzień spędziliśmy ze Starym głównie nad rzeką. I tutaj kolejna ciekawostka przyrodnicza potwierdzająca, że planeta płonie: woda miała 28 stopni (w czerwcu norma to jakieś 20). Przesiedziałam w wodzie bite cztery godziny, odmawiając wyjścia na ląd.

Niestety, nawet w wodzie mój mózg uległ lekkiej lasacji. Towarzyszył nam kuzyn Starego wraz z ich wspólnym kolegą. Przez bite godziny byłam skazana na wysłuchiwanie pasjonujących historii o naprawianiu starych rzęchów, agresywnych debat na temat prawidłowej techniki spawania oraz wysublimowanych komentarzy dotyczących puszystych kobiet.

W akcie desperacji, zaczęłam wymyślać im zawody o podwyższonym stopniu debilizmu. Zorganizowałam im konkurs rzucania kaczek oraz plebiscyt na najładniejszy kamień denny. O dziwo, chwyciło. Wiec siedziałam i gapilam się na chłopów ze średnią wieku 50 lat, którzy bawili się kamykami.

Komentarze

  1. Pozdro z mieszkania na ostatnim piętrze, gdzie temperatura wynosi 30°. Z niedzieli na poniedziałek umarłam.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty