Sycylia 2
Urlop na Sycylii był zdecydowanie za krótki - tydzień to właściwie nic, więc pewnie jeszcze tu wrócimy. Chyba jednak przylecieliśmy ciut za późno, bo temperatury średnio sprzyjały zwiedzaniu. Chociaż może to i lepiej, bo zamiast biegać jak potłuczona od zabytku do zabytku, mogłam siedzieć na dupie i patrzyć w wodę.
Większość czasu koczowaliśmy więc nad morzem. Najczęściej wybieraliśmy małe, kamieniste zatoczki, obowiązkowo wyposażone w prywatną jaskinię, żeby było gdzie się schować, gdybyśmy nagle mieli dość słońca. Co prawda, żeby dostać się do niektórych z nich, trzeba było wspinać się po skałach, ale oboje mamy jakiś problem z wybieraniem łatwych rozwiązań :P
Raz poszliśmy na miejską plażę i przypomniałam sobie, dlaczego ich nie lubię. Piasek właził w każdą możliwą szczelinę ciała, a ludzie byli wszędzie. Wytrzymałam tam godzinę, bo dosłownie wszystko mnie wkurwiało :P
Byliśmy też w Palermo, bo bardzo zależało mi na zobaczeniu katakumb. Większość ludzi jedzie na Sycylię dla plaż i zabytków, a ja ekscytuję się piwnicą pełną zwłok :D Weszliśmy również na dach katedry, chyba wyłącznie po to, żeby ostatecznie dobić nogi, już dość zmęczone po wspinaczkach.
Tak - usunęłam barierki w lightroomie (popatrzcie na cień)
Samo Palermo niespecjalnie mnie urzekło. Ot, zwykłe duże miasto - spory ruch uliczny, odrapane kamienice i ogólny chaos. Zaparkowaliśmy na obrzeżach, więc przeszliśmy przez pół miasta, żeby dostać się do najważniejszych punktów.
Najciekawszą obserwacją okazały się dla mnie warsztaty samochodowe mieszczące się w garażach tak małych, że ledwo mieściły narzędzia. Samochody były naprawiane na podjeździe albo przy ulicy :D
Jako fanka śmieci musiałam oczywiście zrobić zdjęcia lokalnym odpadom, żeby pokazać tę mniej instagramową wersję rzeczywistości. W końcu ktoś musi dokumentować atrakcje, które dziwnym trafem nie trafiają do folderów biur podróży :)
Oczywiście przeszliśmy się przez słynny bazar, ale jakoś wena nam przeszla na streetfooda i poszliśmy - jak normalni ludzie - do kawiarni.
Jutro lot z samego rana i wracam do domu. Na poniedziałek wzięłam sobie wolne, zgodnie z wcześniejszymi groźbami, ale zaczynam się zastanawiać, czy ma to jakikolwiek sens. Doszły mnie już słuchy, że moja "ulubiona" koleżanka wzięła zwolnienie lekarskie. Szczerze mówiąc, byłam pewna, że to zrobi - pomyliłam się tylko co do dnia rzucenia L4.
W każdym razie po powrocie prawdopodobnie będę mieć przejebane. No i jestem ciekawa, czy ziomuś, z którym ostro skonfrontowałam się w zeszły piątek, przemyślał swoje zachowanie, czy jednak uznał, że najrozsądniejszym rozwiązaniem będzie wejście ze mną na ścieżkę wojenną. Jeśli wybierze drugą opcję, to przynajmniej nie będę narzekać na nudny powrót.











Ehh życie byłoby takie przyjemne, gdyby nie trzeba było pracować. Ja jestem teraz na zwolnieniu i śmiałam się ostatnio do terapeutki, że nagle nie mam o czym z nią gadać ;)
OdpowiedzUsuńSuper wyjazd, moi rodzice byli rok temu, dosc mocno poza sezonem i tez byl ukrop...
OdpowiedzUsuń