Soma i Korti
Będzie trochę chaotycznie, a "oprawę graficzną " dodam później.
Moje dni wolne od pracy są trochę jak wycieczka organizowana przez szatana. Dzień wcześniej cieszę się, że odpocznę, ale gdy ten dzień w końcu nadchodzi, mój organizm robi mi to całe kuku, którym wielokrotnie pisałam.
Teoretycznie powinnam skakać z radości, że nie muszę wstawać o 5 rano i oglądać ludzi, których obecność sprawia, że przestaje wierzyć w społeczeństwo. A jednak budzę się o tej piątej sama. Bez budzika. Bez potrzeby. No dobra - jeśli sama nie wstanę, to Pimpek mi pomoże.
Mam dziś wolne i z uwagą obserwuję własne funkcjonowanie. Czuję się trochę jak pani Gutwińska we wrocławskim zoo, tylko zamiast szympansa obserwuję siebie zawiniętą w koc, wystającą jedynie po to by skorzystać z toalety. Wielokrotnie.
Somatyzacja: czy tylko mnie ta nazwa kojarzy się z imieniem dla dziewczynki? Soma. Somi. Somka. Brzmi wrecz słodko. Ale tylko brzmi, bo somatyzacja jest psychopatką i zamiast rysować kredkami, wywołuje torsje, sraczkę i kołatanie serca xD.Cóż, prawda jest taka, że to proces, w którym psychika nie radzi sobie z napięciem, więc ciało przejmuje obowiązek komunikacji. Ej, to jest pojebane i ciekawe jednoczesnie, że organizm zatrzymuje mnie na toalecie i wtedy jestem zmuszona do konfrontacji z tym, co właśnie przeżywam :D
I o ile biegunki są nieprzyjemne, to prawdziwy hardcore zaczyna się w głowie. Budzi mnie gonitwa myśli tak intensywna, że zaczynam tęsknić za moim standardowym planem dnia..Nie potrafię skupić się na jednej rzeczy. Nie potrafię zacząć. Nie potrafię wybrać. W efekcie nie robię nic, choć łeb rzuca pierdyliard myśli - od menu na najbliższy tydzień po randomową sytuację sprzed miesiąca.
Wraz z chaosem w głowie, czuję ucisk w klatce. Gulę w gardle. Szczękościsk. Telepie mnie od środka. I gdy próbuję nabrać głęboko powietrza, zaczynają się torsje. Wtedy nawet kawa, która normalnie jest jedną z niewielu rzeczy dających mi mikroskopijną radość, staje się wyzwaniem, bo odbija mi się hummusem z wrześniowych wakacji. I najgorsze, co mogę wtedy zrobić, to wejść w internet. Wystarczy jeden negatywny temat i się zaczyna. Wpadam w spiralę, czytam więcej, nieświadomie karmiąc napięcie.
Tak sobie myślę, że zyjemy w kulturze wysokiego funkcjonowania. Albo tylko ja tak żyje, bo zakładam, że nie każdy ma takie jebniecie. Mam działać mimo bólu, mimo zmęczenia, mimo przebodźcowania. Przyznajcoe.jednak, że trochę tak jest, że najbardziej podziwiani są ludzie, którzy cisną mimo wszystko. Mój organizm - i pewnie nie tylko mój - znajduje obejście i skoro nie chcę powiedzieć, że nie daję rady, to jelita mówią to za mnie. I to bardzo głośno - dosłownie i w przenośni xD
Przez lata siedziałam na vitce, która głównie łączyła osoby walczące z wagą i zauważyłam u siebie ciekawy mechanizm: chudnę głównie w weekendy. A że większość z Was (albo i wszystkie) pochodzą z tego serwisu, to zakładam, że temat wyda Wam się ciekawy: moje ciało - w dni robocze - zachowuje się jakby przygotowywało się na oblężenie. Woda stoi. Waga stoi. Czasem nawet rośnie. Jem tyle samo, ruszam się tyle samo lub więcej. Potem przychodzi weekend i nagle dwa kilo mniej.
Kortyzol również kojarzy mi się z imieniem, ale tym razem męskim. To taki wiecznie spanikowany typ, który wszystko robi na już i nieustannie zakłada najgorszy możliwy scenariusz. To on magazynuje wodę, odkłada tłuszcz, zżera mięśnie i generalnie zachowuje się tak, jakby zaraz miał spierdalać przed niedźwiedziem. Tyle że niedźwiedziem okazuje się być menager mojego wzrostu, który pyta czemu raport jeszcze nie jest gotowy.
Najciekawsze jest jednak to, że podobne obserwacje ma moja koleżanka. Chudnie nie tylko na urlopie, ale nawet po operacjach, kiedy ledwo się rusza. Potem wraca do pracy oraz sportu, i kurwa zonk, bo kilogramy wracają razem ze standardowymi obowiązkami.
Owszem, część ludzi zajada stres, ale istnieje też druga grupa: ludzie, którym stres wyłącza apetyt, rozwala trawienie i robi z układu pokarmowego coś podobnego do Energylandii.
Wysoki kortyzol pomaga mi przetrwać i napędza do działania. Problem zaczyna się wtedy, gdy napięcie spada, bo wtedy dosłownie "mnie puszcza". Pierwsze godziny weekendu spędzam praktycznie przywiązana do toalety. Mam momentami wrażenie, że organizm usuwa ze mnie stres nagromadzony od czasow studniówki.
Od poniedzialku do piątku działam jak robot na taśmie produkcyjnej i nie zastanawiam sie nad niczym. Wstaję. Włączam Philipsa, który serwuje kawę. Daje Pimpkowi jeść. Ogarniam się. Jazda do pracy. Robię swoje. I jakoś leci. I nie zastanawiam się, czy coś lubię. Nie analizuję emocji. Nie rozważam potrzeb. Sympatie i odrazy zostają zepchnięte na dalszy plan, i czekają do weekendu.
Momentami tracę totalnie kontakt. Potrafię po czasie nie pamiętać fragmentów dnia. Dysocjacja zawsze kojarzyła mi się z poważnymi problemami psychicznymi i wywoływała we mnie lęk. No, ale nie ma co panikować, bo najczęściej jest ona reakcją na stres. Mózg oddziela emocjonalne przeżywanie od funkcjonowania, żeby jakoś przetrwać.
To wtedy okazuje się, że jestem w stanie funkcjonować na poziomie niemal nadludzkim. Największe ciężary podnoszę właśnie w pracy. Czasem podnoszę takie, które obiektywnie powinny mnie złożyć w scyzoryk. Bez rozgrzewki, bez techniki, bez zastanowienia się, czy jebnie mi coś w kręgosłupie. W tym stanie mogłabym prawdopodobnie podnieść samochód, gdyby ktoś mi powiedział, że to moje zadanie na dziś. Otrzeźwienie i powrót do rzeczywistości przychodzi dopiero, kiedy ktoś przychodzi mi pomóc. Wtedy dociera do mnie, że chyba trochę mnie poniosło. Że jednak bolą mnie nadgarstki, mam zadyszkę, mięśnie pulsują.
To wtedy słyszę, że jestem nienormalna. No jestem.
Ale najbardziej wkurwiają mnie teksty o sile. Że mam większe jaja niż nie jeden facet. Że sobie zawsze poradzę. Kurwa, przysięgam Wam, że nigdy nie marzyłam o tym, żeby zostać ludzkim czołgiem.
Ja nie jestem silna dlatego, że chcę. Ja jestem silna, bo panicznie boję się konsekwencji bycia słabą. Boję się oceny. Boję się odrzucenia. Boję się, że jeśli raz odpuszczę, to już się nie pozbieram i będzie dupa. Że usiądę na podłodze i nie będę umiała wrócić do trybu zadaniowego. Że się rozpłaczę. Że ktoś to zobaczy. Że będę musiała poprosić o pomoc i tak dalej. No, a proszenie o pomoc dla ludzi wychowanych w kulcie samowystarczalności bywa psychicznie bardziej obciążające niż dźwiganie szafy na trzecie piętro.
Nigdy nie lubiłam przesadnego grzebania w dzieciństwie i robienia z każdej rodzinnej sytuacji źródła traumy. Ale im jestem starsza, tym bardziej widzę, że pewne komunikaty zostały w mojej głowie. Moja mama argumentowała swoje wyśrubowane wymagania wiedzy i umiejętności takim tekstem: "nie wiesz co cię w życiu spotka".
I to nawet zadziałało. Jestem wszechstronna do granic absurdu. Uczę się nowych rzeczy błyskawicznie. Nie boję się technicznych tematów. Potrafię kombinować. Problem polega na tym, że kiedy dostaję zadanie, na którym kompletnie się nie znam, nie mówię, że nie wiem. Ja zaczynam śledztwo, szukam analogii, filmików struktażowych i powiązań. I tak oto strzelam sobie w kolano i odpalam efekt kuli śnieżnej. Skoro umiem już wymienić rolkę w maszynie, to pewnie umiem też w sensory. Skoro sensory, to może matryca. Skoro matryca, to może cała awaria jest dla mnie niczym niezwyklym.
Czasem zdarza się tak, że pół dnia zajmuje się rzeczami, które mnie kurwa przerastają, ale nie potrafię się do tego przyznać.
Najgorsze w byciu kobietą, która wszystko ogarnie, jest to, że ludzie wokół zaczynają traktować to jak naturalną cechę, a nie efekt morderczej walki o przetrwanie. Skoro raz naprawiłam przez przypadek maszynę śrubokrętem i mam wykształcenie techniczne (technik fotografii hahahaha), to w oczach kolegów staje się naczelnym inżynierem. Oni nie widzą, że w środku krzyczę. Widzą tylko wynik. A na samym końcu szef przychodzi do mnie z pytaniem inwestycyjnym, bo "mam pojęcie o maszynach".
Oczywiście nie potrafię powiedzieć, że to chuja prawda, więc brnę w to dalej. A potem przychodzi wolne i cóż... Siedzę i piszę posta z toalety.
Najgorsze jest to, że jestem chyba już w takim punkcie, że działam nie mimo stresu, a dzięki stresowi. I nie wiem czy potrafię inaczej.








Krummelku, ja tu wrócę jutro, z szerszym komentarzem, bo teraz czytam na szybko, a zaraz będę pakować walizkę powrotną, ale już teraz Cię przytulam
OdpowiedzUsuńJa też tulam❤️🩹
OdpowiedzUsuńU mnie była już taka ściana, że stracę robotę ale stawiam veto bo się rozlecę. To się działo jakby poza mną. I o dziwo tylko lepiej, jakby coś na kształt szacunku... Byłam w szoku.
Mocno Cię przytulam do mojej matczynej piersi, Krummelku ♥️ Każde Twoje słowo tego wpisu do mnie przemawia wyjątkowo silnie. Mówi Ci to Franek, który w wieku lat 20 zniósł samodzielnie telewizor Rubin z 4 piętra 😐 I niewiele się zmieniło do dziś 😐 I to nie proszenie o pomoc i nie grzebanie w dzieciństwie, choć może miałoby to sens…
OdpowiedzUsuńI Jarmuż, który rozkręcił narożnik nożyczkami i go przeniósł dwa pokoje obok.
UsuńMistrzynie!
UsuńNie wiem nawet, co odpisać, bo sama wiesz, jak ja funkcjonuję, więc ciężko tu dawać jakieś rady... ja wyjechałam do sanatorium, gdzie na wakacjach wakacjach nie bylam nigdy, to caly "wolny" czas spedzilam na pracy i start upie 🫣 Ale jeszcze 3 lata i bede mogla jechac jeszcze raz :D A tak na powazniej, to kurewsko duzo z tefo wpisu moglabym odniesc do siebie. Tylko, ze ja niczego nie rozwazam, nie znam tych pojec - dobra, wiem, czym jest kortyzol, po prostu tak zyje, bo innego zycia nie znam a ktos mi wbil do glowy (spoleczenstwo), ze jak sie duzo pracuje, to sie osiagnie sukces. A sukcesem bedzie, jak przespie kiedys 8h.
OdpowiedzUsuńWiem, że żyjesz na pełnych obrotach. Potrafisz odpoczywać,.czy przychodzi Ci to z trudem?
UsuńHmmm wydaje mi się, że pierdzielisz o nierozgrzebywaniu a jednak nadmiernie rozgrzebujesz. Chyba masz też za mało problemów bo przywiązujesz za dużą wagę do rzeczy bez znaczenia. Nie mówię tego złośliwie ale widzę w tym co piszesz siebie. Też mam problem z nadmiernym analizowaniem, miałam problem szczególnie w analizowaniu matki, która psychologicznie wszczepiła mi poczucie, że nie muszę być lepsza gdyż nigdy nie byłam wystarczająco dobra. Prawdą jest to , że nasi rodzice też mieli swoje traumy, dzieci w znacznie młodszym wieku, nie było internetu i tylu mądrych programów, na których my, milenialsi się wychowaliśmy. Miałam żal do matki za tak wiele rzeczy, za to, że przez nią mam różne problemy psychologiczne. Do czasu. Do czasu kiedy nie umarła. Oczy się otwierają, a przy tej walce z rakiem nawet najpodlejszy komentarz jest niczym ważnym. Jeśli chodzi o tą samodzielność to mi to odpuściło trochę po latach w związku z mężem. On mnie nauczył , że jest w życiu ktoś na kim można polegać.
OdpowiedzUsuńTak, analizuję zdecydowanie za dużo i jestem typem obserwatora, więc naturalnie opisuję przeróżne rzeczy - również te, które dla innych mogą wydawać się błahe :) Nigdy jednak nie robiłam tego po to, żeby obwiniać cały świat za swoje problemy czy niepowodzenia. Nie mam też potrzeby rozliczania rodziców i tego nie robię. Uważam, że wychowali mnie najlepiej, jak potrafili, bazując na wiedzy i doświadczeniach, które sami mieli. Lubię natomiast rozumieć, skąd biorą się u mnie pewne zachowania czy schematy. Sama świadomość ich istnienia jest dla mnie cenna, bo daje punkt wyjścia do pracy nad sobą. Dla mnie to bardziej próba zrozumienia niż szukanie winnych. Jednocześnie myślę, że warto uważać z ocenianiem, które problemy są ważne, a które bez znaczenia. Znasz mnie tylko z bloga, a blog siłą rzeczy pokazuje jedynie niewielki fragment życia. Są rzeczy, o których piszę, i są takie, o których nie zamierzam pisać publicznie, z resztą każdy jest inny i przeżywa na swój sposób. Dziękuję za podzielenie się swoją historią. I szczerze współczuję śmierci mamy.
Usuń