Psychicznie w lesie.

Dziękuję zbiorczo za wszystkie wiadomości, przytulasy i słowa wsparcia pod ostatnim postem. Wiem, że dla części osób to było tylko kilka zdań napisanych między obowiązkami domowymi, ale serio, doceniam to bardziej, niż jestem w stanie to wyrazić. 

Trochę wpis na siłę, bo... Nie mam za bardzo o czym pisać.

Napięcie puściło mnie dopiero po południu, kiedy moja niemiecka mama wyciągnęła mnie na spacer. Pojechałyśmy na leśny parking i ruszyłyśmy przed siebie, nie zważając na prognozę pogody. Oczywiście w środku lasu dojebała nam burza i gradobicie :)

Ale przynajmniej zdążyłyśmy pogadać o rzeczach naprawdę ważnych. Ch. opowiedziała mi historię chłopa ze wsi, który ruchał owce, a chwilę później analizowałyśmy, czy nasza sąsiadka zrobiła sobie cycki. I właśnie dlatego uwielbiam spędzać z nią czas. Możemy w trzy minuty przejść od zoofilii do chirurgii plastycznej bez najmniejszego logicznego przejścia i żadna z nas nie uzna tego za dziwne.


Swoją drogą przypadek tej sąsiadki jest dla mnie kurewsko fascynujący. Wiem, nie powinnam tutaj obrabiać komukolwiek dupy i serio, uważam, że wyśmiewanie nie jest na miejscu. No, ale mam wrażenie, że ona przy każdym nowym facecie przejmuje jego osobowość. I nie mówię tu o zwykłej zmianie gustu muzycznego czy przefarbowanie włosów. Tam wjeżdża pełna transformacja: nowe hobby, nowy styl, nowe poglądy, nowi znajomi, nowe ciało, nowa twarz. Jakby co kilka lat robiła reset osobowości. Jak to ja, zaczęłam czytać, bo w końcu lepsze to niż bawienie się w somatyzacje. Takim sposobem trafiłam na co takiego jak rozmycie czy zlewanie się tożsamości. Po prostu niektórzy ludzie tak bardzo boją się odrzucenia, że wolą stać się kimś innym niż ryzykować, że ktoś ich nie pokocha. Smutne, ale też trochę przerażające. Naprawdę lubię tę sąsiadkę - jest przemiłą, serdeczną osobą. Dlatego tym bardziej nie rozumiem, dlaczego tak bardzo próbuje się zmienić. Jak kameleon.

Ogólnie to byłby dobry temat na cały wpis, jak z tym holistycznym szajsem.

Cóż, ja też ewidentnie nie jestem sobą, bo praktycznie przestałam gotować. Kuchnię przejął Stary - grillował mięso, robił sałatki albo kupował sushi. Ja nie mam ostatnio siły nawet obrać ziemniaków. I to jest o tyle groteskowe, że jednocześnie mogę godzinami pierdolić się w cieście, narzekając na zmęczenie xD 

Wczoraj jadłam krewetki i kalmary, dziś będzie kurczak, jutro nie wiem co. Mam teraz fazę, że albo nie jem prawie nic, albo pochłaniam to, co ktoś postawi przede mną. No i jak można się domyślić - wracam do swojej wyjściowej wagi. Nadal mam piątkę z przodu, więc nie wyglądam jeszcze tragicznie, ale obwody poleciały. Talia zeszła o prawie 5 cm od czasu rozpoczęcia siłowych, dupa nadal istnieje, więc coś moje dźwigania dały.


Przymierzam się też do farbowania włosów, bo maski koloryzujące bardzo ładnie ochładzają kolor, ale siwizna ma je centralnie w dupie. Oczywiście siwe włosy wyrastają dokładnie tam, gdzie mam przedziałek, więc rażą w oczy. Nie wiem czy to genetyka, czy stres - zakładam, że wszystko jednocześnie.

No i hit ostatnich dni: nowa suszarka. Na dysona szkoda mi było pieniędzy, bo stylizacja nie jest dla mnie interesującą sprawą. Ja ogólnie chcę tylko wysuszyć włosy i nie wyglądać jak kretyn. W media markcie wzdychałam jednak do laifena tak glosno, że mój Stary po prostu wziął pudełko i poszedł do kasy :D Pierwsze testy już za mną i powiem tak: jeśli sprzęt do włosów daje mi dodatkowe 15 minut życia dziennie, to technologia jednak ma sens. Włosy są gładsze, bardziej proste i po wilgotnym spacerze nie mam siana. A te 15 minut mogę przeznaczyć na wypicie kolejnej kawy. No i oficjalnie mogę wyjebać prostownicę do kosza :)


Za to moje monstery zaczynają mnie powoli wkurwiać. Mamy połowę maja, a te suki dalej nie puszczają nowych liści. Serio, ja już nie wiem, czego one jeszcze ode mnie oczekują. Dzisiaj zafundowałam im terapię szokową rodem z lasu deszczowego - ciepły prysznic. A tak to próbowałam już dosłownie wszystkiego: odżywki, olejki, przesadzanie, domowy bigos (takie podłoże). Światła mają tyle, że mogłyby prowadzić fotosyntezę dla połowy tej niemieckiem wiochy. Gadam do nich regularnie - raz czule, innym razem rzucam groźbami. I nawet jeśli rośliny nie rozumieją ludzkiej mowy, to samo gadanie do nich powinno mieć pozytywny skutek: dwutlenek węgla, który wydycham.



Komentarze

  1. Dziękuję za znak życia, mocno Ci kibicuję. Uważam, że jesteś super fajną osobą. Z sąsiadką po niemiecku gadasz?? Podziwiam :) AnabelLee

    OdpowiedzUsuń
  2. Tak, po niemiecku :) dziękuję za miłe słowa!

    OdpowiedzUsuń
  3. Dalmatino, nie wiem na bank, ale chyba coś urażony że On z tyłu 🤫

    OdpowiedzUsuń
  4. Piekny jest ten jamnior w ciapki <3 To ja jestem taka sasiadka, jak nagrywam komus glosowki, drastyczna zmiana tematu co 15 sekund :D

    OdpowiedzUsuń
  5. Z tym rozmywaniem osobowości to ja chyba miałam do czynienia przy glucie i kolejnych macoszkach. Nowe hobby, które przejmował, to m.in. badminton, kajaki, polskie wino, nawet o religijność się otarł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. U osób z osobowością narcystyczną lub jej rysem to dość częste - wg tego co udało mi się przeczytać w sieci. To idealny plan aby w późniejszym czasie przejąć kontrolę, pełnić rolę eksperta i atakować partnera.

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty