Pistacjowe kłamstwo
Ruch na blogu mam ostatnio minimalny. Oczywiście jak to ja - zastanawiam się czy jestem po prostu zbyt potłuczona i nudna. Ale chuj tam. Będę pisać dalej, bo publiczne wyrzucenie własnych myśli działa na mnie lepiej niż jakakolwiek terapia, na którą i tak mnie nie stać. Albo i stać tylko mnie szkoda inwestować pieniędze w siebie. Wracając do stukania w klawiaturę, to gdy tylko ciśnienie w czaszce spada, przypominają mi się te wszystkie durne historie z mojego życia i czuję się o niebo lepiej.
Odkryłam lody Florida Eis. Muszę im oddać jedno: jako chyba jedyni na niemieckim rynku stworzyli lody o smaku latte macchiato, które faktycznie smakują kawą. Niestety, ale lody pistacjowe mnie rozczarowały i dojadam je na siłę. Smakują jak olejek migdałowy do ciasta, więc mogę określić ten smak jako oszustwo sensoryczne. Oczywiście dało się z nich wydłubać kawałki zielonych orzechów, ale baza smakowała jak marcepanowe kulki Mozarta, które są hiper popularne w Niemczech. No, a obecnie przerabiam czekoladę z miętą. Jest to fenomenalny smak, przypominający pastę do zębów xD mój Stary znowuż zajada smak mandarynkowy i twierdzi, że smakują jak te z naszej słoweńskiej wyprawy sprzed lat. Więc jakby co to polecam.
Moje ambicje kulinarne są ostatnio minimalne. Jedyny sukces to focaccia z oliwkami i rozmarynem oraz rosół z domowym kimchi. Kimchi powstało wyłącznie dlatego, że moje sumienie nie pozwalało mi patrzeć na otwarte opakowanie pasty o uroczej nazwie goCHUJang.
W pracy bez zmian - stres goni stres, a ja gonię terminy, których i tak nie dogonię xD Ten tydzień przetrwałam dzięki taktyce pt. czeluść magazynowa. Wyszłam z założenia, że jeśli nie nawiąże kontaktu wzrokowego z ludźmi przez 8h, to nie jestem częścią tej społeczności. I może to oszustwo, ale podziałało.
Zauważyłam jednak u siebie niepokojący mechanizm. Kiedy moja rosyjska koleżanka ma życiowy zakręt, zamieniam się w ciepły kocyk i filiżankę herbaty. Potrafię powiedzieć coś miłego, ale bez robienia z siebie tzw. dupowłaza. Posiedzieć chwilę, wysłuchać, wesprzeć dobrym słowem.
A co robię dla siebie, gdy mi coś nie wyjdzie? Funduję sobie publiczne biczowanie :D Dokręcam śrubę, aż gwint pęka. Mam ochotę własnoręcznie się ukamienować za błędy, na które często nie mam wpływu.
Wiec tak: jestem oficjalnym, certyfikowanym regulatorem stresu dla innych, zapominając, że sama działam na bateriach, które ledwo zipią. Pytanie brzmi, czy bycie bezpieczną przystanią dla innych jest okej, gdy sama nie daje sobie rady? To temat na grubszą rozkminę przy kolejnym pudełku lodów.
Mama miała przyjechać w sierpniu. Oczywiście nie przyjedzie. Przez chwilę bawiłam się w gaslighting samej siebie myśląc, że może przesadzam. Że może jestem zbyt krytyczna? No nie kurwa. Nie jestem..Prawda jest brutalna, ale edukacyjna: niektóre relacje opierają się na sztywnym hierarchicznym układzie. Moja mama musiałaby wyjść ze swojej strefy komfortu, zdać się na mnie i - o zgrozo - podporządkować. Dla osoby o jej konstrukcji psychicznej to w zasadzie niewykonalne. Czuję zawód, ale też dziwną ulgę. Przynajmniej ominie mnie tydzień odgrywania roli idealnej gospodyni.
Długi weekend zapowiada się spektakularnie nudno. Książki: zamierzam dotknąć jakiejś lektury po raz pierwszy od Bożego Narodzenia. Rozpoczęłam również plagiat kreatywny: Barbara podesłała mi pomysł na stojak na kadzidełka. Wczoraj lepiłam, jutro maluję. Lepienie w glinie jest super. Na przykład podczas tego procesu, wyobrażam sobie, że to głowy osób których nie lubię xD
Włosing: czekam na paczkę od m.in. Neboa. Skoro ich produkty działają na moje włosy bardzo dobrze, a do tego wspierają fundację Cancer Fighters, to kupowanie ich szamponów traktuję jako rozgrzeszenie za moją ogólną aspołeczność.
Jutro postaram się o wpis bardziej mądry. Muszę się najpierw "domądrzyć" w internecie, żeby połączyć kropki i udawać, że rozumiem drugie dno zjawiska, które obserwuję. W końcu po to mamy sieć - żeby w pięć minut zostać ekspertem od wszystkiego, nie wychodząc z piżamy :D







Ja Cię czytam, pochłaniam Twoje teksy z japa rozdziawioną, jak umiesz słów używać i emocje opisywać. Zazdroszczę i nawet komentarz żaden do głowy mi nie przychodzi, takie wszystko nudne i płaskie, co próbuję pisać.
OdpowiedzUsuńA tam nudne i płaskie. Moje komentarze też nie są górnolotne. Do dłuższych tekstów się przykładam i wielokrotnie poprawiam, dlatego możesz odnosić wrażenie jaka to jestem błyskotliwa :)
UsuńA te głowy ludzi których nie lubisz - straszne trochę wkładac w nie patyczki 😳.
OdpowiedzUsuńA jak mama do mnie przyjeżdża, to mój chłopak mówi, że mam wkurwa na kilka dni przed :D Widziałam się z nią ostatnio (wcześniej) jakieś 6 miesięcy temu i szczerze mówiąc, nie tęskniłam. Sad but true. Mam za duży pierdolnik na co dzień, aby jeszcze angażować się w zajmowanie się (mam na myśli zabawianie rozmową etc.) moją matką ;)
OdpowiedzUsuńTeż mam wkurwa przed spotkaniem z nią, ale jakoś tak... Planowałam już w głowie co jej pokażę i jak spędzimy czas, szukałam atrakcji. A tu dupa. Trochę mi przykro.
UsuńU mnie komentujesz regularnie w zasadzie tylko Ty i Cancri :D jest mi przykro, więc zaczyna się emocjonalnie dystansować, bo wygląda na to, że drugiej Vitalii naprawdę już nie będzie :( co do mamy, przykro mi czytając to. Jak się wytłumaczyła?
OdpowiedzUsuńVitalii ciągle mi brakuje. Ale może warto zmienić myślenie i pisać dla siebie? Mnie to odpręża, układam sobie myśli w głowie - nie ważne czy chodzi o codzienność, czy moje obserwacje. Można powiedzieć, że taki sposób pomaga mi przetworzyć różne wydarzenia. Oczywiście cieszy mnie, gdy mam odzew, szczególnie jeśli ktoś wtrąci swoje trzy grosze i przedstawi odmienną perspektywę. A co do mamy...Mama będzie robić remont. Nie wiem ile jest prawdy w terminach, ale początkowo nie było problemu z naszymi ustaleniami. Ale jakoś samego początku było zawsze coś, niby subtelne sygnały, ale jednak to się czuje. Najpierw że przyjedzie busem, potem nagle chęć skorzystania z drogi powietrznej. Jak jej mówiłam, że bilety są w tej chwili tanie i warto juz zrobić rezerwację to było milczenie. Potem, że nie robi rezerwacji, bo loty są odwoływane. Teraz, że remont będzie przed samym przyjazdem (co było planowane prawdopodobnie z dużym wyprzedzeniem), zapewnienia, że potrwa tydzień. A wczoraj mi powiedziała, że jak robić syf w domu to na całego, więc oprócz łazienki będzie robiona kuchnia i podłoga w przedpokoju.
UsuńAle nie biorę tego do siebie co jest już całkiem przyzwoitym krokiem. Nawet nie mam mysli, że jestem "niegodna" i niewarta odrobiny czasu. Tłumacze to sobie, że to mama ma problem z wyjściem ze swojej roli i nie dopuszcza do siebie innej formy kontaktu niż taką, którą zna od lat.
Usuń1) vitalia: no, kawał życia, zupełnie wyjątkowy kawałek internetu - wiadomo. Ale ja nie mam potrzeby pisać dla siebie - jestem bardzo introspektywna na co dzień. Dla mnie to jednak przede wszystkim forma kontaktu z Wami, i taka forma przyjaźni zupełnie inna, niż small talki w biurze, albo wieczory z winem i bliska przyjaciółka. Kiedyś bardzo trafnie to opisałaś, więc nie będę Ci cytować Twoich własnych myśli :D 2) mama: bardzo to smutne. Dobrze jednak, że nie bierzesz do siebie - to bardzo duży sukces. Mnie kiedyś terapeutka zachęcała do odbycia żałoby po mamie, jaką chciałabym mieć. Bo moja prawdziwa mama się najprawdopodobniej nie zmieni.
UsuńTak właśnie myślę, że pomaganie i wspieranie innych to jest odwrócenie uwagi od siebie i pomaga czuć się dobrze ze sobą. Robiłam dokładnie tak samo kiedy mój osobisty świat walił się na dole i na górze, a kiedy ktoś potrzebował pomocy, dawałam wszystko co najlepsze i czułam się lepiej, bo zapominałam w jakim bagnie utkwilam. A ja robię z prawdziwą gliną do wypalenia i żeby nie było bąbelków trzeba czasem taki kawałek gliny trzasnąć o podłogę. Oj, jak sobie mogę wtedy powyobrażać 🤣😛
OdpowiedzUsuń