Mistyczna kupa



Miało być dzisiaj merytorycznie i mądrzej niż zwykle, więc wysiliłam zwoje mózgowe w maksymalnym stopniu. Temat powiedzmy, że tylko liźnięty, więc może - jeśli mnie natchnie - będzie kontynuacja.

Zaczęło się niewinnie: przeglądanie stron internetowych znajomych z mojej dawnej branży. Fotografia - kiedyś rzemiosło, dziś zwykła umiejetność. Tyle dobrze, że nie każdy kto ma aparat w kieszeni, ma też oko. I to jest w sumie piękne, dopóki ktoś nie zaczyna sprzedawać tego oka jako narzędzia... transformacji duchowej.

Ej, ja do tej pory nie wierzę w to, co właśnie napisałam xD


A więc skakałam od portfolio do portfolio, aż wpadłam na perełkę marketingu mojej dawnej koleżanki: fototerapia. Przetarłam oczy. Potem ekran. Potem znowu oczy, a tam dalej jak byk - FOTOTERAPIA xD

Fototerapia, do tej pory kojarzyła mi się co najwyżej z lampą w gabinecie kosmetycznym albo terapią światłem w sezonowej depresji. A tutaj nagle sesja zdjęciowa awansowała do rangi doświadczenia uzdrawiającego duszę. Bezpieczna przestrzeń. Odblokowanie energetyczne. Transformacja. Uzdrawianie duszy przez obiektyw. W pakiecie zapewne herbatka i kadzidełko, aczkolwiek te pierdoły nie były wymienione w cenniku.

Ja pierdole xD xD xD

Oczywiście, historia zna przypadki sesji intymnych i przełomowych. Wystarczy przypomnieć zdjęcia Marilyn Monroe wykonane przez młodziutkiego Douglasa Kirklanda. Minimalna ekipa, maksimum zaufania, atmosfera, która faktycznie pozwalała odsłonić coś więcej niż ciało. To była fotografia. Bardzo dobra fotografia. 

Teraz uwaga: nikt nie nazywał tego terapią. Nie było pracy z czakrą, a Kirkland nie miał certyfikatu z energoterapii. Wystarczyła jakość, a historia pisała się sama.


Przypomniała mi się pewna anegdotka, która idealnie to podsumowuje. Brałam kiedyś udział w konkursie fotograficznym. Oddałam swoje prace - trzy portrety. Po wszystkim zaproszono nas na rozmowę z jury. Siedzę tam, słucham innych fotografów i mam wrażenie, że trafiłam na konferencję filozofii współczesnej. Jeden opowiadał o wewnętrznym konflikcie, drugi o metaforze samotności. Trzeci o dialogu światła z cieniem. Teraz sobie pomyślcie, że wśród tego patetyzmu czułam się jak ostatni debil. Kiedy przyszła moja kolej, wydukałam tylko: to moi znajomi.

Koniec historii. I wiecie co? Wygrałam, ale oczywiście na rozdanie nagród nie poszłam, bo uznałam, że surowe zdjęcia to za mało. Cóż... wtedy obce mi bylo przekonanie, że czasem jakość broni się sama. Że nie trzeba dorabiać ideologii do każdej czynności, żeby miała wartość.

Wczoraj zaczęłam intensywnie drążyć temat. I im głębiej wchodziłam w marketingowy świat, tym bardziej miałam wrażenie, że kogos ostro pojebało. Bo wiecie, teraz panuje taka praktyka, że jeśli coś nazwiemy wystarczająco wzniosłym słowem, przestaje być tym, czym jest, a zaczyna kosztować trzy razy więcej.

Kiedyś mówiło się, że wystarczy zapakować gówno w ładny papierek. Dziś papierek musi być jeszcze holistyczny, ceremonialny i transformujący. Wychodzi na to, że codziennie uczestniczę w rytuale uważności kofeinowej i praktykuję kąpiel leśną, co brzmi lepiej niż argument, że poszlam się przejść, bo pracownicy mnie wkurwili.

Dla jasności: nie mam nic przeciwko nadawaniu rzeczom estetyki. Sama to robię. Też stosuje rebranding. W mojej kuchni parówka z musztardą i kromką chleba potrafi magicznie przeistoczyć się w emulsję cielęcą na puree z gorczycy, podaną z pieczywem rzemieślniczym. Mój partner nadal je parówkę, choć nazwa "potrawy" sugeruje, że musiałam spędzić lata na szkoleniu się u francuskiego szefa kuchni.

Problem zaczyna się wtedy, gdy oprócz nazwy dokładamy ideologię i zaczynamy udawać, że podstawowa funkcja produktu to za mało. Teraz wszystko musi zmieniać życie. Sprzątanie to oczyszczanie przestrzeni. Pomyślcie sobie: mop jako narzędzie rozwoju osobistego. Brzmi idiotycznie, ale taka narracja powoduje wzrost ceny do wręcz absurdalnej. I kurwa jest na to popyt!


Wracając do fototerapii: to jest moment, w którym zapala mi się lampka ostrzegawcza. Bo o ile sesja zdjęciowa glamour może być świetnym doświadczeniem - dać komuś chwilę uwagi, poczucie bycia zauważonym, nawet podnieść pewność siebie - o tyle nazywanie tego terapią jest nadużyciem.

Terapia, taka prawdziwa, to proces. Często długi, niewygodny, momentami bolesny. Opiera się na metodach, relacji terapeutycznej, pracy nad schematami, emocjami, historią życia. 

Taka sesja to TYLKO makijaż, światło, retusz, selekcja najlepszych ujęć, czyli kontrolowana, estetyczna wersja rzeczywistości. Ale chuj z tym, bo potem jest najlepsze: powrót do życia, który kończy się wraz ze zmyciem makijażu i powieszeniem sukienki w szafie. I jeśli ktoś w tym momencie wierzy, że przeszedł tą całą uzdrawiającą transformację, to problem zaczyna być realny, bo zderzenie z codziennością bywa brutalne.

Zauważyłam też, że marki przestały opowiadać historie. One zaczęły budować filozofie życia. Każdy produkt to już nie tylko produkt, ale manifest. Styl życia. Społeczność. Jasne, że to działa. Jeśli coś jest inwestycją w siebie, to nagle cena przestaje boleć. Np ta sesja zdjeciowa to inwestycja w samoakceptację i rozwój. Albo taki kurs oddychania (to jest dopiero hit) to inwestycja w odblokowanie traumy, która siedzi w przeponie.

Tak, doszliśmy do momentu, w którym istnieje coś takiego jak coach oddechu :D Człowiek, który nauczy nas oddychać. Czynności, którą wykonujemy ponad 20 tysięcy razy dziennie, od urodzenia, nie zastanawiając się nad tym ani przez sekundę. 

Oczywiście, żeby była jasność: istnieją techniki oddechowe, które mają udowodniony wpływ na układ nerwowy. Spowalnianie oddechu może aktywować układ przywspółczulny, obniżać poziom stresu, regulować tętno. To jest fizjologia, nie magia. Różnica polega na tym, że fizjologia nie potrzebuje mistycznej narracji.

Podobnie z ruchem, naturą czy kontaktem ze zwierzętami: badania jasno pokazują ich pozytywny wpływ na zdrowie psychiczne. Endorfiny po wysiłku fizycznym to nie jest opinia, tylko fakt. Zieleń działa kojąco na układ wzrokowy i nerwowy. Dotyk obniża poziom kortyzolu. To wszystko ma sens i co najważniejsze, nie wymaga zmiany nazewnictwa na coś, co brzmi jak tytul książki napisanej przez mnicha z klasztoru Shaolin.

Muszę też zaznaczyć, że nie mam problemu z tym, że ktoś bierze kąpiel z pianą, zapala świeczkę i słucha muzyki, żeby się zrelaksować. Mam problem z tym, kiedy ktoś sprzedaje to jako głębokie doświadczenie transformacyjne na poziomie ciała i duszy, stawiane na równi z terapią. A dlaczego? Bo wtedy przestaje to być kurwa niewinną estetyką, a zaczyna być niebezpiecznym uproszczeniem.

Nim napiszę moje kolejne odkrycie, chciałabym zadać Wam pytanie: czy moje częste kichanie jest somatyczną próbą uwolnienia się od traum?

Pytam dlatego, bo ludzkość kocha skrajności. Może jestem tutaj przewrażliwiona, ale odnoszę wrażenie, że teraz nic nie może być zwykle i musi mieć duchowe dno. Zmęczenie to wypalenie na poziomie komórkowym. Gorszy dzień to blokada emocjonalna. I taki zabieg ma wspaniałą nazwę: patologizacja codziennosci. 

I teraz ważne: istnieją realne problemy psychiczne. Depresja, zaburzenia lękowe, wypalenie. I to nie są modne hasła, tylko konkretne stany, które wymagają pomocy specjalistów. Właśnie dlatego to całe rozciąganie języka jest tak cholernie niebezpieczne. A wiecie dlaczego? Bo kiedy wszystko jest problemem, to nic nim kurwa nie jest.

Na koniec dochodzimy do mojego nie ulubionego słowa: "holistycznie". Brzmi mądrze, szeroko i trochę tak, jakbyśmy właśnie weszli na wyższy poziom świadomości. I jasne, że sama idea, że ciało i psychika są powiązane, jest jak najbardziej słuszna. Każdy, kto kiedykolwiek odczuł stres w brzuchu albo napięcie w karku, wie, że to działa w obie strony. Ja żyję z całym pakietem somatycznym, więc temat jest mi wchuj bliski.

Tylko że między połączeniem ciała z głową, a sesją jogi w przerwie sniadaniowej, która uczyni nas lepszymi kierownikami i podniesie tolerancję na głupotę współpracowników to kurewska przepaść. Wiem, że joga redukuje stres, obniża poziom kortyzolu i stymuluje nerw błędny. Ale to wszystko. Stresogen zostaje. I toksyczne środowisko też. 

Niestety lub stety, nie mogę zataić że ten cały holistyczny szajs czasem działa. Ktoś poświęcił nam uwagę, mamy godzinę tylko dla siebie, czujemy się zaopiekowani, wierzymy, że to coś zmieni (pozdro dla placebo), i w końcu pozwalamy sobie odpocząć, bo przecież usługa kosztowała. Tylko tyle i aż tyle.

Można próbować tych wszystkich rzeczy. Serio. Może ktoś poczuje się lepiej. Może coś kliknie. Może nawet pojawi się jakaś zmiana. Tylko że warto zadać sobie jedno, bardzo niepopularne pytanie: a co jeśli nie? Co wtedy?

Zapomnijcie, że coach wyśle nas do psychiatry albo terapeuty. Nie usłyszymy, że metoda zawiodła. Możemy się jedynie spodziewać argumentacji, że to my nie jesteśmy gotowi na transformację. Że energia jest zablokowana. Czakry stawiają opór. Proces wymaga pogłębienia. Najlepiej w kolejnej edycji, za kolejne pieniądze.

Teraz pomyślcie sobie, że za tydzień będę w środku tematu. Jak przetrwać w holistycznym gównie przez 6 godzin? 

Komentarze

  1. Lepiej bym tego nie opisała. W samo sedno. Przerost treści nad formą osiąga apogeum, ale ludzie jak stado owiec, leci bez zastanowienia ....

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wcześniej nie zwracałam na to szczególnej uwagi. Wczoraj - po zapoznaniu się z ofertą fototerapii - dosłownie mnie olśniło.

      Usuń
  2. Jak sie zaczelam parac start up'ami to poznalam mnostwo ludzi, ktorzy sie bawia w terapeutow...o losie, co jeden, to gorszy ;) Mam tez taka jedna nawiedzona kolezanke, w sumie troche zaluje, ze juz z nami nie pracuje, bo ciekawym bylo sluchac o tej odklejce...to jest ciekawe zjawisko do obserwowania z boku. Ale nieciekawe dla tych, ktorzy beda "pacjentami".

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Do tej pory nie wiem, czy nasz Uzbek wkręcał.nas że przytula.dzrewa i codziennie gapi się przez 15 minut w słońce. Ale fakt - te opowieści były dość zabawne :)

      Usuń
  3. No, a sprzątaczki to są teraz konserwatorki powierzchni płaskich... A przy umywalkach przypięto nam szczegółową instrukcję mycia rąk, bardzo szczegółową w kilku punktach. Najsampierw dokładnie zmoczyć obie dłonie strumieniem bieżącej wody, następnie szorować wewnętrzną część.... Kabaret gotowy.
    Super masz blog 👍🏻

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też mamy instrukcje mycia rąk, od czasów korony. Oraz również instrukcję jak korzystać z toalety i jak używać szczotki do kibla:D

      Usuń
    2. To u was progresywniej 😉

      Usuń
  4. Dobre. Ale tak niestety jest. Czasem zastanawiam się - kto za to płaci, kto korzysta? A jednak! Wszystko jest inwestycją w siebie, gdy nie możesz się skupić albo wyczekujesz spotkania, które masz po południu to oznaka adhd. I robiąc coś samemu dla relaksu, to nie jest relaks - to solodate! :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wydaje mi się, że więcej osób korzysta niż zdajemy sobie z tego sprawę.

      Usuń
    2. Na pewno. Często myślę, że wszystko już było, ktoś wymyślił, ktoś zarobił, a jednak. Tak jak nigdy mnie nie przestaną zadziwiać skargi/reklamacje klientów kupujących w sklepach online

      Usuń
  5. Wczoraj myślałam o Twoim wpisie, kiedy YouTube podpowiedział mi filmik „interior design for healing”. Myślałam, że będzie nie wiem, o połączeniach kolorów, o projektowaniu przestrzeni, które jest „seamless”, ogólnie o jakimś takim szeroko pojętym vibe przestrzeni. A było o straszeniu cząsteczkami czającymi się w materiałowych zagłówkach, mikroplastiku ze ścierek do sprzątania, konieczności filtrów HVAC w każdym pomieszczeniu, no i trochę o świetle - to akurat spoko. Wyłączyłam w połowie, i poczułam się przytłoczona :P

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Teraz pomyślałam sobie, że może warto rozpowszechnić nurt którym kieruje się mój Stary - fuck shui

      Usuń
  6. Weszlam teraz na Twojego bloga jeszcze raz i przeczytalam - mistyczna kura :D

    OdpowiedzUsuń
  7. Myślałam, że te wszystkie rzeczy widzi tylko starsza młodzież, jak ja, czyli tacy 50 bardzo plus 😁 I nawet miałam przebłyski, że okej, parę lat mam, żyłam w czasach bez internetu, już jako dorosły człowiek, więc spadaj Franek, nie czepiaj się 😁 Bo się nie znasz. Ale skoro „małolaty” też to widzą, to może nie wszystko stracone? Może jest jeszcze szansa dla tego świata??? 😁😁😁 Uwielbiam Cię, Krummelku, Mądra Główko ♥️

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To pisałam ja, Franek! Łubu dubu! 😁😁😁

      Usuń
    2. Jak Ty pięknie o sobie mówisz Franeczku :) w ogóle cieszę się, że w końcu napisałaś. Cały czas liczę, że Ty również zaczniesz pisać bloga:

      Usuń
    3. Kusi mnie pisanie w jakiejś bezpiecznej przestrzeni, bo czasami nie wystarcza mi dzielenie się z Sebem moimi myślami, czasami są to myśli, których nie powinienem poznać 😁, a czasami wiem, że on ich za uja pana nie skuma 😁 Ale tak mi permanentnie brakuje czasu 😱 Nawet książki łypią na mnie zniecierpliwionym okiem z półki 😁

      Usuń
    4. Skąd ja to znam :) daj znać, jeśli zdecydujesz się na powrót do pisania!

      Usuń
  8. Cóż, jest moda, jest popyt jest podaż. Czasami tworzy się sztucznie popyt, bo ruch w interesie musi się zgadzać. Ktoś z mojego otoczenia odbył wszystkie możliwe kursy za grube pieniądze monet 😉 żeby w chwilach mojej słabości i załamania powiedzieć mi, że to moja wina, iż czuję się ujowo i że należy to fru - puścić. Ot tak sobie, pstryk i jestem uzdrowiona 😅🫣 I ja po kontakcie z takim uduchowionym kimś czułam się jeszcze gorzej niż wcześniej, bo dałam sobie do głowy wbić, że może rzeczywiście to moja wina że nie wibruje wysoko i że nie potrafię rozkazać ranom w skórze i w psychice: gojcie się, bo ja wam tak każę! Że każde złe samopoczucie (nie dochodząc przyczyn) to błąd w oprogramowaniu duszy. Do du..y z tym. Żyję po swojemu, raz w niebie, raz w łajnie i wiem, że mam prawo do tego, żeby być.... autentyczna a nie wypierająca szajs życia - uduchowiona i patetyczna. Niemniej nie wszystko co wspierające Homo (który ledwo) sapie jest marketingową papką. Jeśli pomaga w jakikolwiek sposób na danym etapie i nie szkodzi, nawet jakby było toczeniem jajka wokół zatrutej aury - to ok, lepsza taka wiara w jajowanie na zle uroki, aniżeli wypieranie łajna z życia i wibrowanie częstotliwością Jezusa, Buddy, Lao Tzu na siłę nawet wtedy jak świat wali się komuś na głowę.

    OdpowiedzUsuń
  9. Przepraszam bardzo, gdzie wpis? :D himawari

    OdpowiedzUsuń
  10. Zaczęłam pisać i poszłam spać :P

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty