Ah ten algorytm...

O seminariach pisać nie zamierzam, bo swój punkt widzenia przedstawiłam już w poprzednim wpisie. Zakładałam co prawda, że po prawie ośmiu godzinach intensywnego prania mózgu może zmienię zdanie, ale nie - wręcz przeciwnie. Jeszcze bardziej utwierdziłam się w przekonaniu, że to kompletnie nie jest dla mnie. 


Może jeszcze kiedyś wrócę do tego tematu, bo sociale nie odpuszczają i regularnie podrzucają mi kolejne materiały. Algorytm najwyraźniej uznał, że jestem idealnym kandydatem na jelenia. Ostatnio podrzucił mi nawet taką perełkę, że przez chwilę zastanawiałam się, czy ktoś robi sobie jaja.


Tym razem będzie bardziej przyziemnie, czyli kilka słów o tym, co u mnie słychać. A słychać głównie monotonię. 

Jak wspominałam ostatnio, nasza Barbara podesłała mi specyficzny stojak na kadzidełka i jak to ja, oczywiście musiałam spróbować zrobić coś podobnego. Lepienie z gliny jeszcze jako tako ogarniam, przynajmniej według własnego, mocno nieobiektywnego osądu. Gorzej z malowaniem xD Nie potrafię mieszać kolorów tak, żeby przejścia wyglądały estetycznie, a co gorsza, kompletnie nie mam ambicji, żeby się tego nauczyć. Jeśli więc jeszcze kiedykolwiek będę coś malować, to albo na jeden kolor, albo metodą na przypadkowe plamy.

Tutaj powstały moje podstawki, które profesjonalnie można nazwać joni, ale ja pozostanę przy określeniu, że są po prostu w kształcie cipki. 


Ćwiczę dalej, chociaż nieregularnie. Staram się korzystać z pogody i wychodzić na spacery, żeby nacieszyć ślepia tym, co akurat znajdę pośród szczerego pola. Widziałam trochę robaków, kilka ptaków i mniej więcej tyle atrakcji oferuje obecnie moje życie towarzyskie. Człowiek po trzydziestce naprawdę potrafi ekscytować się chrząszczem siedzącym na liściu - przynajmniej ja tak mam i zakładam, że nie tylko ja.


W piątek uparłam się na poszukiwania salamandry plamistej w miejscu, gdzie podobno bytują, ale tym razem szczęście mi nie dopisało. Będę jednak dalej zaglądać, obserwować i sprawdzać, co żyje dookoła. Liczę, że któregoś dnia uda mi się w końcu spotkać salamandrę, zanim całkowicie pogodzę się z faktem, że bliższy kontakt z naturą oznacza głównie komary i spocone stopy.



Ukorzenianie lidlowskiej bazylii idzie całkiem dobrze. Po prawie dwóch tygodniach od włożenia odciętych łodyg do wody, pojawiły się korzenie, a teraz rosną w tempie, jakiego nie osiąga żadne moje postanowienie. Wygląda więc na to, że będę mieć własną, domową plantację. O ile oczywiście wcześniej mi się to nie znudzi :)

Za to moje hibiskusy zostały brutalnie zaatakowane przez czarne mszyce. I ja się pytam: skąd te małe skurwysyny się wzięły, skoro rośliny były na balkonie może dwa razy, a balkon znajduje się na pierwszym piętrze? Czy one spadają z nieba? Czy mogłam je przynieść na butach? A może one były już w sklepie i ich nie zauważyłam?

Walczę z tym dziadostwem przy pomocy oprysku z wody i oleju neem, który podobno rozwala im gospodarkę hormonalną. Można więc powiedzieć, że funduję mszycom chemiczną kastrację :D 

O postępach albo spektakularnej porażce będę informować na bieżąco.

A na koniec pani szpakowa z materiałem na gniazdo




Komentarze

  1. Can, usunęłam przez przypadek Twój komentarz, wybacz!

    OdpowiedzUsuń
  2. Szacun dla pani szpakowej! Kiedyś widziałam takiego mema, według którego gołębie budują najgorsze gniazda, ciekawe czy to prawda… tam było na przykład jajko złożone obok pojedynczej gałęzi XD i zgadzam się, dla mnie też
    ekscytujące jest lepienie z gliny i oglądanie liści :P

    OdpowiedzUsuń
  3. No anatomicznie wyszło bardzo dobrze, nawet łechtaczka jest 😜

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty