Żółta apokalipsa
Zabiorę was na jeden z moich spacerów, które - w sumie nie wiem czemu - mój mózg sprzedaje mi jako relaksujące zajęcie, choć w praktyce to bardziej kontrolowana ucieczka od własnych myśli. Pogoda była tak zajebista, że mogłam zapierdalać w krótkim rękawku - mieliśmy momentami ponad 20 stopni :)
Okoliczne pola wyglądają teraz tak, jakby ktoś się zrzygał jajecznicą - wszędzie rośnie rzepak. Z balkonu mam widok jak z tapety w telefonie, tylko bardziej agresywny dla oczu. Do tego kwitną drzewa owocowe, choć z moich skrupulatnych, kompletnie nikomu niepotrzebnych wyliczeń wynika, że w tym roku powinny mieć wyjebane i zrobić sobie urlop po zeszłorocznym urodzaju.
Mój standardowy spacer to jakieś 6 km. Czas zależy od tego, czy akurat bardziej gapię się na widoczki, czy uciekam od własnych myśli. Jeśli włącza mi się tryb fotografa, to idę dwie godziny. Jeśli próbuję uwolnić się od mojego łba - godzinę. Tak. Jeśli nie chce myśleć, to chodzę szybciej.
Mamy wysyp młodych danieli. Wcześniej w zagrodzie były cztery sztuki, w tym jeden czarny samiec z porożem tak epickim, że czasem zastanawiałam się czym jest suplementowany. Teraz go nie ma. Opcje są dwie: albo został przeniesiony do jakiegoś luksusowego haremu, albo skończył jako tatar bądź gulasz.
Jak to ja, zaczęłam molestować chata gpt na temat tego, czemu młode zwierzątka nas rozczulają. Wychodzi na to, że to tzw schemat dziecięcości. Widok dużych oczu, zaburzonych proporcji, wielkiej głowy mówią naszym mózgom, by tę karykaturę chronić, karmić i nie zabić, nawet jeśli właśnie nasrała na dywan lub zeżarła kapcia xD
Drugie zaskoczenie: owce. Zastąpiły kozy w zagrodzie przy stadninie. Nie wiem jaka to rasa, ale są tak kudłate, że przez chwilę miałam wątpliwość, co to właściwie jest. Wyglądały jak wielki, biały, beczący mech.
Przypomniała mi się historia z lockdownu. Spotkałam w tym miejscu staruszkę niosącą pod pachą gigantycznego żółwia. Ten jebany gad uciekł jej przez furtkę i teraz wyobraźcie sobie tę scenę pościgu :D adrenalina i tempo 0,3 km/h :D Musieli być razem latami, wnosząc po rozmiarach uciekiniera.
Dla dziewczyn: koni u nas pod dostatkiem - każda wersja. Jedne smukłe, eleganckie, jakby zaraz miały iść na wybieg. Inne - krępe z włochatymi kopytami.
Widziałam też mojego ulubieńca sprzed trzech lat. Jako źrebak wyglądał jak błąd natury, co potwierdza to co napisałam wyżej - za długie nogi, za duże grube stawy, ogromną głowa przytwierdzona do chudej szyi. Teraz wyrósł na przepięknego konia, co daje nadzieję, że może ja też kiedyś wyjdę na ludzi :)
Tu nasze pierwsze spotkanie w 2023:
Jak pewnie wiecie, konie to zwierzęta stadne i mają zajebisty system: zawsze jeden czuwa, gdy reszta śpi. Zupełnie jak u mnie w robocie. Wszyscy zamulają jednocześnie, a potem udają zdziwionych, że coś się spierdoliło. Ale o tym kurwa za chwilę.
Od 5 miesięcy bawię się w pielęgnację włosów i już nie wyglądam jak po elektrowstrząsach. Włosy się nie puszą, czasem tylko się strączkują, ale nie na tyle, by wyglądały na niemyte tygodniami. Oczywiście jest opcja, że w tej chwili pierdolę głupoty, bo chce sobie to zracjonalizować. Wolę jednak mieć na głowie coś takiego, niż przypominać hagrida.
Praca: tu zaczyna się jak zwykle dramat. Razem z koleżanką Rosjanką jesteśmy wyciśnięte jak cytryny. Opierdalamy ludzi tak mocno, że aż momentami mam wyrzuty sumienia, które mijają po pięciu minutach, gdy znowu ktoś odpierdala cyrk. Oczywiście pojawiają się teorie spiskowe, że wyżywamy się, bo mamy problemy osobiste. Nie, kurwa. My po prostu chcemy, żeby robili to, za co im płacą.
I serio, chuj ze mną. Moja koleżanka ma chore serce z wizją operacji, a ludzie wokół zachowują się jakby byli częścią debilnego eksperymentu. To generuje ogromny stres, który w jej stanie sprawia, że może trafić na sor szybciej niż wskazują prognozy lekarskie.
Ludzie są naprawdę bezczelni, bezrefleksyjni i wiecznie "zajęci". Np. potrafią gapić się w czarny monitor przez pół godziny, by dociągnąć do końca dniówki. Liczą śrubki ręcznie, mimo że mają wagę. Email w złej skrzynce traktowany jest jak wąglik. Lista w exelu potrafi zostać przedyskutowana wiele godzin, a następnie zapomniana tego samego dnia.
W soboty wszystko mnie dopada. Gdy napięcie puszcza, organizm robi mi kuku. Ból głowy, ciągnięcie na wymioty, sraczki. W tygodniu prawdopodobnie jadę na tak wysokim kortyzolu, że nie czuję nic. Jak na ostrym dopingu.
Co drugi piątek powinnam wychodzić chwilę po 12. Nigdy mi się to nie udało. Zawsze coś. A że jestem multitaskerem, to mam rozgrzebanych wiele spraw jednocześnie. Wiele problemów, generujących kolejne. Kurwa, ja serio nie wiem jak to jest zrobić jedną rzecz, skończyć ją w spokoju i wziąć się za następną.
Na koniec rośliny. Moje szczepki monstery stoją i nic. Zero progresu. Matka roślina jest stara, więc ukorzenianie potrwa wieki - szacuję, że może jej zająć nawet pół roku. No, ale cierpliwość to cnota, której nie posiadam, więc codziennie sprawdzam, czy coś się "wykluło".
I to już więcej, niż mogę powiedzieć o niektórych osobnikach. Już dawno doszłam do wniosku, że z nich nic nie będzie. Nie ważne ile narzędzi i możliwości dostaną.
















Czytając to zastanawiam się, czy Wy z koleżanką musicie we dwie to naprawiać? Co na to góra? Dla czyjego biznesu warto tracić zdrowie? To z troski oczywiście, bo sama zaliczyłam totalny burnout i po*ebalo mi się zdrowie - łącznie z tak ciężkim trądzikiem, że zostały mi po nim blizny, chociaż miałam 33 lata
OdpowiedzUsuńWiesz w czym jest największy problem? Że my kurwa nie mamy HR z prawdziwego zdarzenia. Ludzie z najwyższych szczebli tylko pierdzą w stołek i chowają się po kątach. Serio, oni boją się ludzi i nie potrafią ani rozwiazywac konfliktów, ani motywować. Mój bezpośredni przełożony - najkonkretniejszy z tego całego towarzystwa - też się wycofał i widać u niego wypalenie. problem w tym, że jednocześnie ode mnie i od mojej koleżanki wymaga cudów. Nie wiem czy ludzie tak się na niego skarżyli, że spasował, czy szuka innej roboty. U nas mówi się ciągle jedno zdanie "każdy ma inną wydajność" czyli nie mogę oczekiwać, że ktoś będzie pracować równie efektywnie co ja. I ok, zgadzam się z tym, ale bez przesady aby tolerować nicnierobienie. Mamy różnych ludzi, z różnymi zdolnościami i słabymi stronami i uwierz mi, że nie wymagam rzeczy niemożliwych. Zawsze dostosowuję zadanie do poziomu pracownika, nie popędzam, jak trzeba to i 100 razy cos wytłumaczę. Ale gdy widzę, że ktoś pół dnia przegada, stara się jeszcze bardziej zwolnić, bo do końca pracy pozostały dwie godziny ... No chuj mnie strzela. No, ale właśnie - mamy być tolerancyjni do porzygu.
OdpowiedzUsuńCały czas mi się nie mieści w głowie, dlaczego to Wy to macie rozwiązywać 🤯
UsuńTrochę się tam spieszycie z tym rzepakiem - będę w Polsce za dwa tygodnie i liczyłam, że jeszcze trafię na pola kwitnące ;)
OdpowiedzUsuńMasz dużą szansę, bo u nas wiosna jest dużo wcześniej niż w pl :)
UsuńPrzypomniała mi się Malta i sianokosy w połowie maja :)
UsuńDopiero później doczytałam, że nie mieszkasz w Polsce. Holandia różni się od Polski pogoda. Gradobicia są jesienią i wiosna, a nie latem, a najgirecej latem jest wieczorem, a nie w południe.
UsuńA to ciekawe :) w tym regionie Niemiec gdzie mieszkam, skwar zaczyna się popołudniu - wg mojej teorii to przez to, że wschód słońca jest później niż w pl :) i nie mamy zimy jako takiej, bo mróz praktycznie nie występuje. Jeśli już snieg spadnie to szybko topnieje, ale oczywiście to nie przedzkadza, aby z tego powodu zamknąć szkoly :)
Usuń