Piękna codzienność


Ostatnio powiedziałam Staremu, że omijam seriale na netflixie szerokim łukiem, bo znam siebie aż za dobrze. Jeśli coś mnie wciągnie, to potrafię siedzieć do nocy, ignorując drobny szczegół, że chwilę po 5 mam wstać do pracy. Ta moja żelazna zasada działała dzielnie do momentu, aż platforma przestała oferować sensowne dokumenty i krótkie mini seriale.

No i wtedy, coś mnie podkusiło, żeby w końcu obejrzeć Mindhuntera..I przepadłam. Jestem na finiszu i już wiem, że czeka mnie spłata długu snu z odsetkami. Cóż, serial był ważniejszy niż regeneracja organizmu.

Oczywiście przy okazji porzuciłam ćwiczenia, bo nie miałam weny, czasu i siły. Ale postawiłam sobie punkt honoru: wracam. Nie wiem tylko, czy wrócę do formy, czy do punktu wyjścia. Oby bez wielkiej dramy, bo zaczynanie od zera to doskonały sposób na rozwój frustracji.

Jedzenie: muszę wrócić do fotografowania posiłków, nawet jeśli wyglądają nie zbyt estetycznie. W tym tygodniu zaczęłam celebrować sezon na szparagi - poszłam jednak na łatwiznę i sos holenderski kupiłam w kartoniku. Nie chciało mi się ryzykować kolejnej porażki, bo robienie go w domu to trochę jak loteria..Poza tym jem grapefruity jak opętana - codziennie jeden do pracy. Gdy inni patrzą na nie z niemalże obrzydzeniem, ja zjadam je ze smakiem.





Oficjalnie rezygnuję też z domowej pizzy - i nie, nie przez jelita (one ostatnio działają podejrzanie dobrze, aż się boję chwalić). Chodzi o retencję wody. Po wtorkowej uczcie obudziłam się z twarzą tak spuchniętą, że nawet mój partner - człowiek, który zauważa głównie brak jedzenia w lodówce - zapytał, czy dobrze się czuję.

W piątek totalnie odpuściłam gotowanie i wysłałam Starego po jedzenie na wynos. Wrócił z burgerami i pieczonymi ziemniaczkami. I co? Nic. Zero opuchlizny. Czyli mąka typu 00 to mój osobisty wróg. 


Dzisiaj będziemy mieć dwa obiady, bo koniecznie chcę spróbować owoców morza z ogromnego słoja od Sycylijczyka. Rozważałam sos pomidorowy, ale ostatecznie zrobię sałatkę, żeby nie zagłuszyć smaku kalmarów i innych morskich stworzeń. A że Stary nie lubi, to będzie musiał żreć coś innego.

Pimpek znowu przeprowadził się do łazienki. Od kilku dni nie tyle śpi w niej, co ją regularnie okupuje. Wchodzę - on tam jest. Wychodzę - on dalej tam jest. Żeby nie leżał na podłodze, dałam mu poduszkę - wiecznie zakudłaczoną - więc można teraz rzec, że z łazienki zrobił sobie kawalerkę.

Wczoraj przyszedł kominiarz i przez chwilę zastanawiał się, czy to, co leży pod ścianą, to żywe stworzenie, czy przypadkowo rzucony sweter. Szczerze? Rozumiem go doskonale xD


Mój projekt został przyjęty z dużym entuzjazmem i trafi na koszulki. Co więcej, drugi - który był alternatywą - też zostanie wykorzystany dla "podmarki", co było kompletnie nieplanowane przez nikogo. Młody szef zdecydował się również na dość heroiczny krok - zrezygnował z umieszczenia logo na klacie, więc chyba moja grafika okazała się wystarczająca. 

Teraz przygotowuję się psychicznie na komentarze, bo wiadomo: będzie, że brzydkie, że kolory do niczego, że stare było lepsze. Każdy ma gust i to jest piękne. Mój mózg natomiast już produkuje chamskie teksty, a poczucie wstydu zaczynam odczuwać już teraz.

W maju - niestety - oddaję jedną sobotę na dokumentację seminariów. Jestem na siebie zła, że nie umiem odmawiać, ale nadgodziny zawsze spoko, bo urlopu mam tyle, co nic. Życie i tak lubi wchodzić bez pukania i rozwalać plany, więc może lepiej mieć chociaż iluzję kontroli. Co prawda, nie zapowiada się aby w tym roku coś strasznego się wydarzyło, ale jak to ja - mam wiecznie czarne myśli, wręcz katastroficzne.

A propos życia - nasza wiejska społeczność to jakiś ewenement, który dla niektórych brzmi jak urban legend. Teraz tragedia w rodzinie sąsiada (tego od grilla) - brat jego żony nagle zmarł, a opiekował się jeszcze ciężko upośledzonym bratem. Ten drugi trafił do nich, bo formalności i znalezienie odpowiedniego miejsca potrafią ciągnąć się w nieskończoność.

I nagle widzę jak ta społeczność przestaje być tylko zabudową zamieszkałą przez osobne byty. Ktoś wyprowadzi im psa, ktoś zajmie się wnuczką, gdy reszta domowników musi ogarnąć swoje sprawy. Nikt nie robi z tego wydarzenia, nikt się nie chwali - po prostu robią, co trzeba. 

Ten chory mężczyzna to naprawdę trudny przypadek - stomia, poważne upośledzenie umysłowe, komunikacja ograniczona do kilku prostych słów. A jednak najbardziej zapadł mi w głowie jeden obraz: jak idzie za rękę ze swoim szwagrem. Idą powoli. Co kilka kroków zatrzymuje się, patrzy na niego i daje mu buziaka w policzek.

I w tym jednym geście było więcej czystej, nieskażonej czułości niż w całej mojej dorosłej i kurewsko skomplikowanej komunikacji. Stałam, patrzyłam na to i mialam wrażenie, że wszystko, co uznaję za ważne - zasady, dystans, poprawność - na chwilę przestaly mieć znaczenie. Zostalo tylko coś bardzo prostego: potrzeba bliskości i bycia przy kimś.

Tak, uwielbiam obserwować otoczenie.

No, a jeśli chodzi o mnie oraz moje relacje - dalej nie umiem w kontakty społeczne i coraz częściej dochodzę do wniosku, że problemem mogę być ja. Brzmi obiecująco i sensownie xD Nie podtrzymuję relacji, bo rzadko coś mnie autentycznie angażuje. Szczerze? Wolę czytać, co u Was. Jest ciekawiej, bardziej barwnie, sensowniej, a jeszcze czerpię profity w postaci refleksji. Dlatego błagam: piszcie blogi i dyskutujcie w komentarzach.

Od razu pokazuję nowe nabytki: hibiskusy, bo w tam roku moim celem jest jakiekolwiek życie na balkonie:


Na koniec: nie muszę już odwiedzać kotków znajomego - wrócił do domu, czuje się dobrze, operacyjnie coś mu zrobili w penisie i może normalnie sikać. Ostatniego dnia zrobiłam sobie selfie z Cassie, która była biezadwolona z tego faktu. Niby bezproblemowy kot, ale jednak tylko Pimpek osiągnął poziom totalnego wyjebania, do którego większość z nas może co najwyżej aspirować.



Komentarze

Popularne posty