Za szybko.

Kolejny tydzień minął i znów mam to samo wrażenie: czas zapierdala jak Stary swoim autem po autostradzie, a ja stoję na poboczu i zastanawiam się, kiedy to się właściwie wydarzyło. Jeszcze niedawno narzekałam na listopadową szarość, a tu już za chwilę Wielkanoc. Z jednej strony dobrze, bo to oznacza, że zima w końcu odchodzi i dzień się wydłuża. Koniec depresji sezonowej i można wyjść z domu po 17 bez poczucia, że zaraz nastanie noc. Z drugiej strony jest w tym coś niepokojącego. Mam wrażenie, że życie przecieka mi przez palce. Coś tam się dzieje, tydzień za tygodniem mija, ale kiedy próbuję sobie przypomnieć, co właściwie zrobiłam - wychodzi z tego raczej streszczenie w trzech zdaniach niż saga :/


Jeszcze tylko zmiana czasu na letni i będę mogła chociażby wieczorem wyjść na spacer przewietrzyć głowę. Swoją drogą, zmiana czasu to jeden z tych absurdów cywilizacji, które wszyscy krytykują, ale jakoś nikt nie potrafi tego definitywnie odwołać. Ten idiotyczny pomysł wprowadził na szeroką skalę dopiero w xx wieku przemysł, bo liczył na oszczędność energii. A współczesne badania pokazują, że oszczędności są symboliczne, za to rośnie liczba zawałów i wypadków w tygodniu po zmianie czasu. Czyli jak zwykle: coś nie działa, ale skoro działało sto lat temu, to tak trzeba i chuj.

Tymczasem u mnie dramat wagi. Na liczniku pojawiła się rekordowa masa: ponad 54 kilo. Wiem, brzmi jak żart dla większości populacji, ale dla mnie to prawie jak wejście do kategorii półciężkiej w boksie. Na szczęście wczoraj przyszedł okres, więc za tydzień dopiero będzie można uczciwie ocenić sytuację. Organizm kobiety potrafi zatrzymać nawet kilka kilogramów wody w drugiej fazie cyklu, co jest pięknym przykładem tego, że biologia bywa czasem bardziej surrealistyczna niż człowiek się tego spodziewa.

Zastanawiam się tylko, czy to co przybrałam do tej pory to woda, mięśnie, czy zaczęłam hodować tłuszcz. Przez lata moja waga kończyła się w okolicach 50kg i koniec historii. Tyle że wtedy obwody miałam takie, że można by mnie pomylić z wieszakiem na ubrania. Rok temu było jeszcze ciekawiej, bo po chorobie życia waga spadła mi do niecałych 47kg - czyli mniej więcej tyle, ile ważyłam w gimnazjum. Brzmi to wręcz anorektyczne, ale tylko do momentu, w którym zauważyłam, że spadek masy mięśniowej nie oznacza szczuplejszego ciala - po powrocie do mojej stałej wagi, miałam problem wejść w moje ulubione spodnie. Nagle okazało się też, że słoik z ogórkami kiszonymi zaczął być przeciwnikiem godnym szacunku. Czyli poleciały mięśnie i siła, a przybyło mi fatu.

Dlatego teraz cicho liczę, że robię coś dobrze. Niby powtarzam sobie, że zdrowie przede wszystkim, ale wiadomo - gdzieś z tyłu głowy pojawiają się drobne ambicje estetyczne. Na przykład zniknięcie tych wałków pod pośladkami. Jedno sobie jednak definitywnie odpuściłam - sześciopak na lato. Kiedyś się w to bawiłam i wiem jedno: widoczny brzuch u kobiety wymaga poziomu kontroli kalorii, który w dłuższej perspektywie robi z baby neurotyka. Statystycznie kobiety mają też wyższy poziom tkanki tłuszczowej niż mężczyźni, bo taki zaplanowała sobie biologia. Więc sześciopak u kobiety często oznacza po prostu długotrwałe niedojadanie, rozjebane hormowny i brak ochoty na cokolwiek. Nie warto się to bawić tylko po to, żeby zrobić jedno zdjęcie na wakacjach.

Najciekawsze było jednak to, co wydarzyło się na treningu we wtorek. Nagle zrobiłam progres w wyciskaniu i ohp. I to nie symboliczny - od razu kilogram więcej na rękę w wyciskaniu, a w ohp przeskok o dwa kilo. Zaczęłam analizować wszelkie dane: sen, jedzenie, tryb dnia, fazę ksiezyca. Nic. Jedyna zmienna to poprzedni tydzień prawie bez treningów. I to prowadzi do rewolucyjnego odkrycia, które trenerzy powtarzają od dekad, a którego i tak nikt nie chce słuchać: mięśnie rosną w trakcie odpoczynku, nie w trakcie treningu. Trening jest tylko sygnałem do adaptacji. Czyli wychodzi na to, że mój największy progres zrobiłam - uwaga - nie ćwicząc. To tłumaczy równie, skąd u Pimpka brak karku i masywny grzbiet.

Jeszcze zabawniejsza jest różnica w ocenach dwóch sztucznych inteligencji: chata gpt i gemini. Zadałam im to samo pytanie o poziom mojej siły uwzględniając wiek, płeć, wzrost i wagę. Różnica była komiczna. Gemini momentami twierdził, że ocieram się o poziom zawodniczy (hahahaha), podczas gdy gpt raczej chłodno ocenił to jako wczesny poziom średniozaawansowany. Morał z tej historii jest prosty: jeśli chcecie znać prawdę, pytajcie gpt. Jeśli potrzebujecie wzmocnić swoje ego - pytajcie gemini. 

A skoro już o liczbach mowa, to dla własnej kroniki odnotuję progres z ośmiu tygodni treningu. Martwy ciąg (choć chyba to bardziej rdl) z 36kg do 52kg, wyciskanie hantli na ławce z 8kg do 10kg, ohp z 6kg do 9kg, wiosłowanie (nachwytem) z 26kg do 32kg - podwchwytem nie liczę, bo uznałam że oszukuję samą siebie. Pompki z klasycznych do wersji z talerzem 5kg na plecach, wiosłowanie w podporze jednorącz z 8kg do 14kg, uginanie przedramion z 4kg do 6kg, francuskie z 3kg do 5 kg, wyciskanie na skosie z 6kg do 9kg. 

Tak, wiem: nie robię przysiadów. Technicznie nie potrafię, nie lubię, nie chcę, mam to ogólnie w dupie.

W obwodach widać wzrost barków i lekkie spadki od talii w dół. Postawa ciała zdecydowanie na plus - przestałam się garbić i nie wyglądam już jak pytajnik. Wizualnie nie mam pojęcia, jak to wygląda, bo nie robiłam zdjęć i nie mam zwyczaju analizować swojego odbicia w lustrze, bo skupiam się tylko na wadach. Na przykład, moje uda nadal przypominają dwie parówki. Zresztą trudno się dziwić, skoro ich właściwie nie ćwiczę. Mam jakąś mentalną blokadę przed wykrokami i podobnymi torturami dolnej połowy ciała. Może na początek spróbuję czegoś mniej wymagającego, jak machanie nogami z gumami oporowymi. Teoretycznie to ćwiczenia, które w internecie wygląda jak rozgrzewka, ale po trzech seriach palą jak kurwa mać.


Komentarze

  1. O kurczę, to mnie zaskoczyłaś - ja miałam dokładnie odwrotne obserwacje, dlatego kilka miesięcy temu przestałam całkowicie używać chata! Chętnie to znowu zweryfikuje :D nie wiem, czy wypada pytać, ale mówisz tak otwarcie o wadze, że zaryzykuję - ile masz wzrostu??

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mój wzrost jest kwestią sporną:D w dowodzie mam 162cm, dają mi 160cm, rok temu kolega mnie zmierzył i wyszło 164cm (bez butów oczywiście) :D trzymajmy się więc tego 162cm :)

      Usuń
    2. Przyzwyczaiłam się do bycia chudzielcem i ciężko troszkę widzieć taka liczbę na wadze - i to w tak krótkim czasie. Troche niedowierzan i też pojawia się myśl, że zamiast robić formę, popełniam błąd jak wiele osób: "ćwiczę więc mogę wpieprzać bez opamiętania". Tyle tylko, że lubię eksperymenty na sobie (chyba każdy pamięta moje keto), więc najwyżej będzie historia masy i redukcji - a tego jeszcze u mnie nie grali :)

      Usuń
    3. Rozumiem Cię - ja mam w głowie jeszcze poprzednia wersje siebie z czasów przed ciążą ;) i chociaż racjonalnie wiem, że to już nie wróci, to często zaskakuje mnie, że w lustrze/ na zdjęciach wyglądam inaczej, niż w tej starej wizji siebie ;€

      Usuń
  2. Używam Chata GPT, bardziej "zna" moje tematy zawodowe, niż Gemini. Także w życiu prywatnym Chat GPT jest narzędziem tłumaczenia sobie rzeczywistości, oczywiście w granicach rozsądku.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty