Wyczerpanie
Tydzień był trudny. Szczególnie pierwsze trzy dni: test wytrzymałości psychicznej, fizycznej i komunikacyjnej, ale jakimś cudem przeżyłam. Jestem. Działam. Tylko jakie były tego skutki?
W pracy: luki personalne, choroby, zaległe urlopy, czyli taki standard i nie powinno robić to na mnie większego wrażenia. W okrojonym składzie umiem pracować, potrafię nawet ten cyrk jakoś dograć, ale tym razem poległam na... dojazdach. Tak, pożałowałam, że nie jestem mobilna.
Mieszkam na wsi, a wieś - wbrew romantycznym wizjom ludzi miastowych - nie oferuje ani ciszy, ani prężnie działającego transportu publicznego.
Żeby dotrzeć na siódmą, musiałam wyjeżdżać o 5:30. Nie pytajcie, o której wstawałam xD Do miasta pół godziny autobusem, potem spacer życia, czyli dwa kilometry z kapcia. No, ale przecież zdrowy ruch to podstawa. Podobno chodzenie redukuje stres. Ciekawe, czy autorzy tych badań robili je w butach roboczych i w deszczu?
W poniedziałek miałam ten luksus, że załapałam się na powrót z koleżanką. We wtorek już hardcore: zero transportu, zero kasy na bilet powrotny, ale za to sto procent determinacji. Wróciłam pieszo. I całkowicie poważnie, ja nie mam problemu z chodzeniem kilometrów, serio. Ale nie w roboczych butach i nie po trasie, która nagle staje się wchuj dłuższą niż zakładałam, bo powódź zamknęła skróty wzdłuż Renu. Zamiast zieleni - śmierdzące miasto. Zamiast rzeczki - asfalt. Zamiast wyciszenia - dialog wewnętrzny z przekleństwami na czele.
Do domu dotarłam obolała, ledwo stojąca, z uczuciem jakby po moich stopach przejechał walec. To miał być dzień treningowy i w planie było zaatakowanie 52kg w martwym ciągu. W praktyce: martwa ja, a jedyne co zrobiłam, to zaatakowalam resztkę obiadu i kanapę. Miałam dźwigać ciężary, a ciężko było mi udźwignąć własną dupę. Jebłam zatem drzemkę. Obudził mnie dopiero Stary, wracający z polskimi zakupami: ketchup, musztardy, słodycze, wędliny.
W środę plan był taki, że Stary mnie zawiezie, ale los - a raczej sąsiedzi (ci od outfitu bdsm, których obecność w tej historii jest absolutnie bez sensu, a jednak kluczowa) - zaproponowali podwózkę. W biurze przywitała mnie mieszanina ulgi i autentycznego strachu. Moja Rosjanka i menager bali się, że coś mi się stało, bo byłam tylko chwilę przed czasem, a nie pół godziny wcześniej, jak zwykle. To wzruszające i jednocześnie niepokojące, że moja niepunktualność została automatycznie uznana za potencjalną tragedię.
A w pracy... restrukturyzacja. Kolejna. Bez rąk, nóg i mózgu. Już w piątek zamknęłam młodego szefa w czterech ścianach i powiedziałam mu wprost, że jeśli dalej będziemy działać na żywioł i improwizować, to pogrzebiemy kilka lat prostowania syfu. Przez weekend analizowałam, czy nie przesadziłam, no ale to akurat klasyczny syndrom grzecznej dziewczynki połączony z syndromem oszusta. We wtorek rzeczywistość tak bezczelnie potwierdziła moje słowa, że teraz już nie ma odwrotu. Jeśli to nie dotrze, uznam, że chłopak ukończył jedynie szkołę lansu i buansu, zamiast prestiżowych studiów.
Do tego wróciłam do swojej nieulubionej roli: pojemnika na cudze, emocjonalne odpady. Musiałam googlować, jak to się zwie i chyba jest to emotional dumping - ludzie czują ulgę, bo wyrzygali co im leżało na sercu, a sluchacz zostaje z ich syfem. Tym razem (brawa dla mnie) postawiłam granicę. Oświadczyłam, że nie jestem ani gabinetem terapeutycznym, ani z działu HR, więc... Sajonara.
Tu dynia od pani księgowej (tak, mam różową, dziecięcą klawiaturę)
Ale i tak przebodźcowanie zrobiło swoje. Zasypiałam na kanapie jak odcięta. W czwartek chciałam zrobić zaległy trening, ale ciało powiedziało, że mam się bujać. Martwy ciąg z żenującym ciężarem rozwalał technikę, wyciskanie nie istniało, a ja prawie zasnęłam na macie. Układ nerwowy miał dość i miał do tego pełne prawo.
Treningi poczekają. Paradoksalnie: mimo wzrostu wagi, obwody spadają. Dupa i uda szczupleją, a dwie osoby zapytały, czy schudłam. Klasyczny przykład tego, jak waga jest kiepskim wyznacznikiem bycia fit.







Przytulam i brawo za postawienie granicy. Wiem, jakie to potrafi być trudne - ja odmówiłam bratu kolejnego przyjazdu, i odchorowywalam to dwudniową migrena. A jednocześnie wiem, że dobrze zrobiłam, bo jego poprzedni pobyt (10-cio dniowy) rozwalił mnie na ponad 2 tygodnie. A jeśli jeszcze kiedyś musiałabyś wracać spacerem, masz opcję zostawienia butów roboczych w robocie, i zmiany na jakieś wygodne adidaski?
OdpowiedzUsuńTak, mam taką opcję i chyba zostawię w pracy jedną dyżurną parę jakbym znowu miała takiego pecha xD a to wywalanie syfu jest bardzo uciążliwe - tylko ludzie sobie nie zdają sprawy jak bardzo słuchaczowi może to szkodzić i jakie jest to beznadziejne i egoistyczne. Gdy powiedziałam koleżance że sobie tego nie życzę i z takimi sprawami powinna iść do kogoś kto rozwiąże problem, usłyszałam "już nie muszę, już mi lepiej, bo się wygadalam" - i wielce zadowolona, bo wg niej sobie "pogadałyśmy", gdzie praktycznie to był pieprzony monolog, przerywany moimi próbami zakończenia rozmowy. I nic nie dało tłumaczenie, że takich rzygów słucham codziennie i mam tego po dziurki w nosie. Na zakończenie poleciła mi że powinnam też się "wygadać" swojemu Staremu. No tak, bo pierwsze co chce to wywalać brudy z pracy partnerowi - bardzo to zdrowe, prawda? Wybacz, że się o tym tak rozpisalam, ale takie zachowanie mnie zwyczajnie wkurwia.
UsuńMusisz jakoś przyciągać ludzi, że chcą Ci się wygadywać. Zawsze mnie ciekawi, jak to w praktyce wygląda to Twoje wygarnianie w robocie. Ja w piątek też ponarzekałam w robocie (ale ja to tak ostrożnie, bo się stresuję kontaktami), ale może na dobre będzie, chociaż wątpię. A buty koniecznie awaryjne w pracy!
OdpowiedzUsuńChodzi Ci o rozmowę z młodym szefem, czy z koleżanką? Do rozmowy z szefem zawsze się przygotowuję (notatki żeby uporządkować myśli i skupić się na faktach). A spontaniczne sytuację, jak z koleżanką - próbowałam krótko dawać do zrozumienia, że moje kompetencje nie są wystarczające i pokierowałam do odpowiedniej osoby. I to powtarzałam jak zdarta płyta (niespecjalnie przyniosło to efekt, ale ważne, że to komunikowałam). Wiadomo, na sam koniec były już ostrzejsze uwagi na temat tego zachowania, ale no cóż... Czaeem można tłumaczyć, a ktoś w emocjach jest tak nakręcony, że wydaje się głuchy. Teraz się nie w punktach wypisałam krótkie zdania, które mają mnie przed takim zachowaniem chronić - zobaczymy czy pomogą. Dużo rzeczy można wyćwiczyć i się nauczyć, są zdania które można używać dość uniwersalnie i sprawdzą się w trudnych sytuacjach. Mnie przygotowanie daje poczucie kontroli i jestem bardziej opanowana/spokojna.
UsuńJa to chyba jakaś jestem straumatyzowana po poprzedniej pracy. Po ponad 8 latach jestem w nowej od 5 miesięcy (podobne działania, wysyłki, magazyn), pewne rzeczy są na plus, pewne rzeczy chaos podobny, tylko inaczej. Czasem jak piszesz o swojej pracy, to brzmi jak u mnie. Mam wrażenie, że mam mniej cierpliwości teraz mimo nowego miejsca. Najlepiej się by było nie przejmować, jak część pracowników i jakoś to będzie, a nie człowiek się przygotowuje i stresuje. Ale przynajmniej nikt mi się nie wygaduje, bo pewnie mam straszną minę i jestem nierozmowna sama z siebie :D
Usuń