Finanse
Bateria w moim telefonie umiera powoli. Jeszcze 12%, jeszcze 8%. I ja to obserwuję z żalem, bo przecież to nie jest zwykły telefon. To jest mój "hujałaj", z którym chciałabym być pochowana.
No, ale rzeczywistość jest brutalna. Moja ukochana marka nadal nie współpracuje z google - można sobie ściągnąć większość aplikacji, ale googlepay odpada. A szkoda, bo oni mają aparaty tak dobre, że potrafią zrobić zdjęcie lepsze niż niejedno oko ludzkie. Swoją drogą nie jest już to takie trudne, bo ludzkie oko ma rozdzielczość odpowiadającą mniej więcej 5-15mp w jednym spojrzeniu, a telefony nawet 200mp. Czyli tak - żyjemy w czasach, w których telefon widzi więcej niż my. I dalej używamy go głównie do zdjęć jedzenia :D
Stary oczywiście namawia mnie na szajsunga, bo sam ma i działa. Ja jednak postanowiłam zrobić coś absolutnie nierozsądnego: zaczęłam czytać. I im więcej czytałam, tym bardziej wchodziłam w króliczą norę specyfikacji i opinii ludzi, którzy potrafią kłócić się o jasność ekranu przez 100 komentarzy.
Tak oto trafiłam na vivo. Telefon niby istnieje, ale w sklepach stacjonarnych już niekoniecznie. Pojechaliśmy do Mediamarkt, żeby - nazwijmy rzeczy po imieniu - molestować sprzedawców (moje hobby). Niestety, vivo okazało się być jak yeti. Każdy słyszał, nikt nie widział. Stałam więc przed ścianą samsungów i iphonow, których nie chciałam.
A teraz dylemat: kupić przez amazona, wziąć samsunga bo dostępny, czy może poczekać, aż mój obecny telefon umrze śmiercią naturalną. I może przy okazji ceny spadną, ponieważ pod koniec marca ma być premiera nowego modelu vivo.
Teoretycznie daję sobie czas do końca maja. Do urlopu muszę mieć sprawny telefon, bo jednak podróżowanie z trupem ma swoje ograniczenia - głównie takie, że nie da się zrobić zdjęcia zachodu słońca i żarcia, a przecież po to się jeździ na wakacje xD
O praktyce napiszę za chwilę, ale ostrzegam, że to będzie masło maślane (może potem edytuję).
Najpierw standard: zmieniłam plan treningowy na tzw ppl. Problem w tym, że część "legs" ignoruję. Jedynym ćwiczeniem był martwy ciąg w treningu pull: 54 kilo. Czyli oficjalnie mogę powiedzieć, że podnoszę więcej niż moją wagę (52,8kg tydzień po okresie).
Co ciekawe, przeciętny człowiek jest w stanie podnieść więcej, niż mu się wydaje, bo ogranicza go głównie mózg, a nie mięśnie. Organizm ma wbudowane jakby bezpieczniki, żebyśmy sobie nie pourywał kończyn i jest to wchuj logiczne :D
No i tak: dumna ja, dumny Pimpek, a Stary patrzy na mnie jakbym dla zabawy chciała zacząć przenosić meble.
A skoro o Pimpku mowa: postanowił w tym tygodniu się rozchorować w trybie zmianowym. Wymioty, biegunka, przerwa i powtórka. Co drugi dzień, czyli jak tylko zaczynałam wierzyć, że już zdrowy, to wracał do punktu wyjścia i zaczynał zabawę od początku. Na szczęście od dwóch dni jest spokój. Pimpek znów zachowuje się jak roczniak i ma apetyt godny czarnej dziury. Budzi nas w nocy, bo miska jest pusta, a dla niego to sytuacja kryzysowa. Nie rozumie, że po jelitówce powinien trochę zwolnić. Ale czego ja oczekuję? To przecież kot.
Wypadałoby umówić go na badania, bo to senior - czyli jest w wieku, gdzie nerki, serce lub tarczyca mogą nie działać jak powinny.
W domu zresztą wszystko zaczyna się pierdolić - sprzęty funkcjonują, ale nie wiadomo jak długo. Zmywarka ledwo zipie, pralka po czyszczeniu filtrów jeszcze daje radę, ale Stary już prorokuje jej koniec. Sprzęty agd mają średnią żywotność chyba około 5 lat, co jest fascynujące, bo kiedyś działały dłużej. No ale jakiś zjeb uznał, że lepiej, żeby kupować częściej, więc w życie weszło celowe postarzanie produktu.
I tak dochodzę do finansów. Wydatki się zbliżają, mama przyjeżdża w sierpniu, będą wycieczki, restauracje, atrakcje. A ja siedzę i analizuję, czy stać mnie na telefon, mimo że sprzęty do domu kupuje Stary, wakacje dzielimy sensownie (ja loty i mieszkanie, on auto, atrakcje i żarcie), oszczędzam od lat.
Mam lokaty, etfy i inne finansowe dorosłe rzeczy, które teoretycznie mają mi zapewnić przyszłość. Tylko pojawia się pytanie: czy przyszłość ma sens, jeśli teraźniejszość polega na zastanawianiu się trzy tygodnie nad zakupem telefonu?
Eh...pieniądze to jest w ogóle jakiś psychologiczny pojebaniec (w moim przypadku). Całe życie słyszałam coś w stylu zarabiaj więcej, będzie lepiej. No i dobra, zapierdalam, odkładam, kombinuję jak koń pod górę. Ogarnęłam się finansow i co? I nagle odkryłam, że owszem - jest wygodniej, spokojniej, nie liczę każdego grosza jak kilkanaście lat temu, ale za to wjeżdża nowy boss: stres wydawania pieniędzy.
I to jest kurwa hit, bo wcześniej było prosto: nie małam, więc nie kupowałam. Koniec dramatu. Ewentualnie odkładałam miesiącami lub latami na cel, kupowałam i się cieszyłam jak dziecko.
Gdzieś słyszałam o punkcie nasycenia szczęścia. To jest poziom dochodu, przy którym podstawowe potrzeby mamy ogarnięte: paśnik, mieszkanie, bezpieczeństwo, możliwość wyjazdu raz na jakiś czas bez sprzedawania nerki na czarnym rynku. I faktycznie, do tego momentu pieniądze robią ogromną różnicę, ponieważ trudno cieszyć się życiem, kiedy ledwo starcza do pierwszego.
A teraz? Mam, mogę, ale zaczyna się festiwal spierdolenia umysłowego. Kupuję jedną rzecz i nagle w głowie odpalaja się mysli: czy to była dobra decyzja? Może mogłam kupić taniej? Moze za miesiąc będzie promocja? A czy ja tego w ogóle potrzebuję? A co z przyszłością? A inflacja? A jak Pimpek się rozchoruje? Albo Stary umrze?
Także tak - pieniądze dają komfort. Ale spokój? Spokój to jest zupełnie inna waluta, bo z jednej strony chcę być ogarnięta, dorosła i przygotowana na przyszłość, a z drugiej - chcę być człowiekiem, który kupuje telefon bez poczucia, że właśnie niszczy swoje życie finansowe.
I uważam, że to już nie jest zdrowa ostrożność, tylko patologiczny lęk, który objawia się odkładaniem decyzji w nieskończoność. Analizuję każdą opcję do porzygu, mam poczuciem winy przy wydawaniu pieniędzy. I to ciągle myślenie "a co, jeśli..." w każdej możliwej wersji.
Wiem, że to często jest efekt tego, jak nas wychowano, co widzieliśmy w domu, jakie mieliśmy doświadczenia z hajsem. Jak ktoś dorastał w poczuciu, że może zabraknąć, to potem nawet przy stabilnej sytuacji finansowej gdzieś z tyłu głowy siedzi tryb oszczędzania, bo może być zaraz krucho.
Najzabawniejsze jest to, że można mieć wszystko ogarnięte - oszczędności, inwestycje, plan - a i tak czuć niepokój, bo problem nie leży w liczbach, tylko w głowie.
No i naszła mnie taka refleksja: czy ja faktycznie dbam o swoją przyszłość, czy po prostu boję się ją przeżyć. Z której strony nie spojrzeć, to są dwie różne rzeczy. Ciągle odkładanie, w tym życia, to jedna droga. Odkładanie kasy i korzystanie z życia to druga.
Teraz pytanie jak wskoczyć na ten mentalny luksus i sobie coś kupić bez poczucia, że świat się zaraz zawali. Oczywiście nie mam na myśli, żeby wszystkiego przepierdolić i mieć wyjebane, ponieważ ta druga skrajność, równie głupia. Ale jak znaleźć moment, w którym będę mieć poczucie, że jestem zabezpieczona na tyle, żeby korzystać z życia? Przecież mozna mieć perfekcyjny plan na przyszłość i kompletnie przegapić teraźniejszość.
Wiec tak: właśnie okazało się, że nie jestem przygotowana na... zycie.





Jeju Krummelku, jak mi ten wpis rezonuje w głowie - ostatnio mam bliźniacze rozkminy! Bardzo bym chciała więcej o tym z Tobą pogadać, bo czuję, że mogłybyśmy zderzyć nasze perspektywy i wyszłoby z tego coś całkiem sensownego! “Spokój to zupełnie inna waluta” muszę sobie zapisać 🥹 W mojej terminologii mam na razie fear money- czyli to, co dokładamy do oszczędności, chociaż osiągnęły już poziom do którego pieniądze faktycznie nas zabezpieczają, robiąc dokładnie to, o czym piszesz - odbierając możliwość przeżycia czegoś wartościowe tu i teraz
OdpowiedzUsuńJa mam podobnie! Niby człowiek odkłada, mam też jakieś celowe fundusze - na badania, na jakieś roczne opłaty, nawet fundusz weterynaryjny awaryjny - taki poza miesięcznymi lekami dla moich seniorów. Jakaś tam poduszka bezpieczeństwa osobno. Telefon w zeszłym roku kupiłam używany (akurat jestem fanką sony, a PL ich mało, a nówki drogieeee). Chciałabym zrobić mały remont, pomalowanie salonu i wymiana podłogi, ale też jak już uzbierałam, to żal wydać, bo co jak coś tam...
OdpowiedzUsuńHej, Krummelku 😊 Ja nie wiem, czy to jest wychowanie, czy jakiś gen po prostu, którego się ma, albo nie, i on przekłada się na życie, a wydawanie pieniędzy, to tylko jeden z elementów tego życia. Ja wychowywałam się w domu, gdzie były ważniejsze wydatki, niż jedzenie dla dziecka (tak! Franek też był kiedyś mały 😁), czyli alkohol, a moja mama pożyczyła na ten cel pieniądze nawet od rodziców moich koleżanek ze szkoły. Ja zaczęłam zarabiać stosunkowo szybko, w wieku lat 15 zrywałam porzeczki, żeby kupić sobie jakieś ciuchy, bo, wiadomo, nastolatki mają pewne priorytety 😁 Zdecydowanie łatwiej było na studiach, bo wystarczyło się bardzo dobrze uczyć, by za stypendium naukowe naprawdę fajnie żyć 😁 No, a potem, jeszcze na studiach, już prawdziwa, dorosła praca na etacie i pieniądze różne, ale zawsze przyzwoite. Byłam sprzedawcą (stąd mój ulubiony film to Clerks 😁), więc bywało naprawdę dobrze. Ale… nigdy nie pamiętam momentu w moim życiu, żebym się stresowała tym, że np. stracę pracę i dopływ kasy. Zawsze wychodziłam z założenia, że na pewno jakąś pracę znajdę, nawet, jak zostałam sama z dzieckiem, nie spędzało mi to snu z powiek. Jak mam, to wydaję, jak nie mam, to… wydaję ile mam 😁 Po prostu żyję na full adekwatnie do bieżącej sytuacji finansowej. Z radością wydaję na siebie i innych. Oczywiście, jak nie mam, to nie wydaję. Generalnie martwię się na 2 godziny do przodu, finansami też 😁 Teraz budujemy dom. Ludzie pytają, czy jesteśmy w budżecie. Mówię, że tak. A naprawdę, to przechytrzyliśmy budżet, bo go po prostu nie mamy. No, ale nie mówię o tym głośno, żeby nie mówili, że jakiś infantylny dziwak jestem 😁 Co się cieszy, ze wszystkiego. I tak wkurwiam ludzi tą swoją wiecznie uśmiechniętą japą 😁 A na koniec tego mojego elaboratu wrzuciłabym mój ulubiony żart Ptaszka Staszka, ale nie umiem wrzucić tu zdjęcia, w każdym razie puenta jest taka: „pierdolnięty zawsze uśmiechnięty” 😁😁😁
OdpowiedzUsuńA ja się uśmiecham czytając Twój komentarz Franku :)
Usuń😁😘😘😘
UsuńTo ja! 😁
Usuńhttps://www.instagram.com/p/C4zmNNBIrb3/?utm_source=ig_web_button_native_share&igsh=MzRlODBiNWFlZA%3D%3D
I oby więcej takich ludzi na świecie 😍
UsuńPodobnie jak Himawari, porządnie się uśmiechnęłam do ekranu :D zawsze fascynowała mnie Twoja energia, która są się nawet odczuć przez internet :) jesteś wspaniała Franeczku!
UsuńO kurcze mam bardzo podobnie. Kasa odłożona na różne czarne scenariusze, ale jakby tak uszczknąć to bym się obawiała że jakoś te oszczędności stopnieją.
OdpowiedzUsuń1. jeśli chodzi o telefon, mam Samsunga, stary model (kupuję używane bo jest to moim zdaniem bardziej eko choć faktycznie bateria słabsza nieco niż w nowych modelach) i jest OK. 2. nie wiem, czy przyjazd rodziny na wakacje to radosna okazja :P, mimo wszystko mnie to zawsze stresuje i staram się unikać przebywania z mamą dłużej niż 2 dni, 3. mam wrażenie, że te rozkminy są nie tyle o pieniądzach, co o podejściu do życia ogólnie. Ja też mam tak, że jak jestem przeciążona (np. stres przez dłuższy czas), wchodzą mi lekkie stany lękowe (nie mam niczego zdiagnozowanego, raczej jako epizod depresyjny). Ma to swoje korzenie w różnym zlepku doświadczeń z dzieciństwa myślę, plus lekkie (wysokofunkcjonujące powiem skromnie ;)) ADHD. Ściskam Cie Krummel i myśle, że jesteś mega ogarnięta.
OdpowiedzUsuńJa nie oszczedzam nic, wiecznie rozpierdzielam, wiecznie cos jest potrzebne - a mieszkania wlasnego nie mam :P Ale moze to reakcja na zycie z moimi rodzicami - wiecznie nie, wiecznie oszczedzanie, a ani wakacji czy wyjazdow ani niczego. Takie odkladanie i nie posiadanie z tego tytulu niczego. Fajny ten vivo, tez nie wiedzialam o istnieniu tego telefonu! Ja jestem od lat team Samsung. Wczesniej mialam Huawei i bylam fanka, ale te telefony roztrzaskiwaly mi sie z kazdym upadkiem i to mnie bardzo denerwowalo, moze teraz jakos jest lepsza. Tu cancri :)
OdpowiedzUsuń„Dam radę !!! A jak nie dam? Dam !!!
OdpowiedzUsuńA jak się przewrócę? To się podniosę!
A jak się nie podniosę? To sobie poleżę!
A potem? A potem wstanę i pójdę dalej!” Cyt. Jacek Walkiewicz
Hej, a pomyślałaś o tym, że takie nadmierne rozkminy o wyborze telefonu to tylko wierzchołek góry, pod którym kryje się dynamika rodzinna (i nie chodzi tu tylko o kwestie związane z pieniędzmi)? Może tu wcale nie chodzi o pieniądze.
OdpowiedzUsuńMoże tu chodzi o Twoje prawo do posiadania potrzeb i ich realizowania, które w dzieciństwie było ignorowane?
To bardzo słuszna uwaga :) moje potrzeby były określane jako zachcianki, a wybory, już na starcie, były określane jakoś złe. Albo słyszałam, że trzeba podejmować decyzje za mnie, bo ja nie wiem czego chcę i co będzie rozsądne :) pewnie też dlatego nowy telefon mnie tak triggeruje :)
Usuń