Krótkie sprawozdanie, czyli co się u mnie odjebało
Ewidentnie potrzebuje uczucia sprawczości, co objawia się u mnie zakupami roślinnymi. Tym razem nabyłam monsterę yellow marilyn - czyli coś co nazywa się jak ikona Hollywoodu, tylko nie jestem pewna czy chodzi tutaj faktycznie o wygląd, czy bardziej o brak "zaangażowania" w życie. Póki co, jest to jeden liść z kilkoma korzeniami. Sprawdzimy zatem, czy droższe rośliny umierają ładniej.
Zadziwiające jest to, że ostatnio mój stan psychiczny pozostaje względnie stabilny. Co - według wszelkich dostępnych danych w postaci kalendarza oferowanego przez Garmin - nie powinno mieć miejsca, bo mój pms już się rozpoczął. Znów cierpię na nadmierną potliwość, miseczki we wszystkich stanikach zaczęły w końcu pełnić swoją funkcję, a ja płaczę przy oglądaniu reklamy, w której pojawił się uroczy piesek.
W niedzielę pobiłam rekord w martwym ciągu: 46 kilo. W środę zdjęłam dyszke, bo miałam wrażenie, że mi coś zaraz jebnie w kręgosłupie i dalsze próby skończą się zmianą stylu życia na siedzący. To interesujące, jak szybko motywacja sportowa przegrywa z wizją poruszania się na wózku inwalidzkim. Jedynie wyciskania dają złudzenie postępu: to tam mogę dokładać ciężar i pogarszać sytuację w sposób kontrolowany :D
Sprzęt sportowy - podobnie jak życie - potrafi zaskakiwać. Zamówiłam cztery talerze po 0,5kg, ponieważ 2kg na rękę to zajebiaty przepis na kontuzję. Niestety, średnica nie pasuje o dwa lub trzy milimetry. Drobiazg, który czyni całość bezużyteczną.
Brak węchu, jak się okazuje, może sprzyjać kulinarnej fantazji. Stary kroi cebulę bez kropli łzy i dodaje ją do kurwa wszystkiego. Dietetycy twierdzą, że cebula ma właściwości prozdrowotne (kto pamięta syrop z cebuli?), ale ja twierdzę, że w takich ilościach służy raczej do testowania granic drugiej połówki. Były żeberka z cebulą, mielone z cebulą, pomidory z cebulą, zapiekanki z cebulą, dewolaje z cebulą. I tym sposobem przypuszczam, że nieświadomie weszłam na masę. Niby nadmiar jedzenia jest oznaką dobrobytu, ale w naszym przypadku oznacza to faceta na zwolnieniu lekarskim, któremu się nudzi wchuj.
Nuda jest też jednym z głównych motorów ludzkiej aktywności. Stary rozebrał piekarnik na części pierwsze i poinformował mnie, że ma 3 szyby; pojechał pierdyliard kilometrów po felgi dla szwagra; zbudował coś, co według mnie przypomina paletę, a według niego jest częścią biurka xD tutaj unikam kłótni, bo w końcu historia zna wiele takich różnic interpretacyjnych, np. gdy Kolumb myślał, że dopłynął do Indii :D
Ja z kolei, dotknięta wczorajszą, wieczorną stagnacją oraz ochotą na słodycze, upiekłam karpatkę. Szkoda tylko, że zapomniałam dodać do niej cukru :D
A tu nie karpatka, a "orzechy", które zrobiłam w zeszłą niedzielę:
Sprzątanie u A. zaowocowało nowym airfryerem, bo szczęściarz został obdarowany dwiema sztukami. Nie mam na niego miejsca, ale brak miejsca to żadna przeszkoda - w moim domu jest ktoś z czasem, narzędziami i... niebezpieczną wiarą w swoje możliwości konstruktorskie :D i nie, nie jest to Pimpek :)
Praca natomiast to już tradycyjnie sinusoida wszystkiego. Czyli raportowanie w poniedziałek. We wtorek głównie dźwiganie. Środa to była praca umysłowa przerywana pakowaniem małych zamówień. Czwartek znowuż naszpikowany był typowymi wyzwaniami władczyni kołchozu jak opatrywanie pocietych palców i łapanie gigantycznej ćmy. No a wczoraj animowałam pracowników, żeby się z nudów nie pozabijali.







Karpatka z cebulą? 🤪
OdpowiedzUsuńNie, na szczęście nie :D ale mięso mielone wraz ze składnikami było mieszane w robocie planetarnym.
UsuńKarpatka taka cukrzycowa :D Himawari
OdpowiedzUsuńMoja to był tylko gluten, budyń i kostka masła :D
UsuńPięknie wyglądają Twoje wypieki. I co z tego, że bez cukru. Zdrowiej jest. No i zawsze można sobie takie ciacho posypać cukrem.😍
OdpowiedzUsuńTak, zawsze można posypać cukrem albo polać jakimś sosem z tubki :)
UsuńNa zdjęciu wcale nie widać, że bez cukru :D Zanim skończyłam czytać Twój wpis, to wybierałam pomiędzy : a) położeniem na Twoją karpatce dżemu figowego b) posmarowaniem jej nutellą c) dorobieniem warstwy bezy. W sumie do końca się nie zdecydowałam na wariant :D
OdpowiedzUsuńA może wiśnie na gorąco? :)
UsuńZa dzieciaka kochalam wielka miloscia syrop z czosnku i cebuli. U mnie w mieszkaniu zdycha wszystko. Chociaz mam jeden skrzydlokwiaty ktory od roku minimum usilnie walczy o zycie i nie pada, sle mam wrazenie, ze juz niedlugo 😅 Bo juz nawet ostatni badylek usechl - chociaz w pewnym momencie na nowo wypuscil liscie (juz zwiedly znowu haha).
OdpowiedzUsuńCzyli że jesteś seryjną morderczynią roślin doniczkowych? :)
UsuńW zeszłym roku tak przypadkiem (ładna była) kupiłam niedużą monsterę. I ziemię do niej i nawóz, palik elegancki, malutka monsterę baby do towarzystwa. Na forum o monsterach się zapisałam - starałam się bardzo. A one zmarniały, jedna I druga😡
OdpowiedzUsuńA to niewdzięczne rośliny!
UsuńSyrop z cebuli pamietam, a takze gleboka wiare w ten srodek w spoleczenstwie... bo akurat w moim domu wierzylo sie lek na cale zlo ze skorek grapefruita... ale dewolaj z cebula to obraza gastronomicznego symbolu lat dziewiedziesiatych;)
OdpowiedzUsuńTen komentarz został usunięty przez autora.
OdpowiedzUsuń