Żyję, ale co to za życie?

Jak zapewne zauważyłyście, drogie ex Vitalijki, jest mnie ostatnio malo. Praca mnie nie pochłonęła. Ona mnie rozjechała - i to nie jeden raz, a wielokrotnie, jakby chciała się upewnić, że więcej się nie podniosę.

Od pierwszego dnia, czyli od 5 stycznia, mój poziom tolerancji na ludzi, mile rozmówki i spontaniczne żarciki zaczęły lecieć w dol. Dół, dół, dół… w efekcie jestem totalnie przeciążona, rozdrażniona, milcząca i marzę jedynie o zagrzebaniu się pod ziemią.

W ramach efektów ubocznych: po pierwsze - wróciłam do leków w nadziei, że pomogą mi nie pozbawić życia ani siebie, ani nikogo z mojego otoczenia. Po drugie - koleżanka z pracy wysmarowała do szefa maila, w którym moje imię pojawiało się częściej niż słowo "problem". Po trzecie - cierpię na tak zwane "niedojebanie", które profesjonalniej zwie się mgłą mózgową. I piszę to głównie dlatego, żebyscie się nie czuły zawiedzione, bo dzisiaj ciętej riposty i błyskotliwych tekstów nie będzie.

Po za ciemnotą w każdym tego słowa znaczeniu:

- walczyłam z klawiaturą, bo menager uznał, że zabawne jest najpierw wydłubać z niej klawisze, aby potem je losowo przyczepić. I pewnie w normalnych okolicznościach śmiałabym się razem z nim, ale no cóż - miałam ochotę go wtedy zajebać, w efekcie prawie się pobeczałam.

- zaksięgowałam towar, który dopiero płynął statkiem i miał dotrzeć na początku przyszłego miesiąca. Akurat to było do odkręcenia, bez konsekwencji.

- przywaliłam głową w paletę i wydłubywałam sobie drzazgi z czoła igłą, co było momentem, w którym uznałam, że ten temat powinni poruszać na kursie pierwszej pomocy.

- zajmowałam się nowym praktykantem ze szkoły specjalnej, który prowadzi długie i cholernie żywe rozmowy z samym sobą. Czyli w sumie nic nowego, bo ja też od jakiegoś czasu prowadzę takie dialogi, tylko w ciszy i bez świadków.

Dodatkowo przyjebałam kolejny kilogram. Chyba po trzydziestce metabolizm przechodzi na tryb bardziej oszczedny. Mogę nie jeść, stresować się, łazić pół dnia, a waga sobie stoi. Normalnie zdrada stanu.

Ale.. wróciłam też do treningów siłowych. Co drugi dzień. Bez radości, bez euforii, bez entuzjazmu. Ćwiczę oszczędnie, by mieć jeszcze siłę na dotarcie pod prysznic, ale żeby mięśnie po treningu drżały od wysiłku. Moim celem były głównie endorfiny oraz duma. I chociaż cień satysfakcji. Chuja, kurwa. Sport podobno poprawia nastrój, ale mój mózg chyba jest jakiś upośledzony, bo nie odczuwam niczego.

Z pozytywów: plecy mam absurdalnie silne jak na to, jak wyglądają :D Wiosłuję już 30kg, a w planach jest 38 kilo. Sportowo to sukces, a estetycznie dalej wyglądam jakbym ograniczała się do noszenia zakupów.

Z negatywów: mój core to porażka. Przez to moje dwa ulubione ćwiczenia - martwy ciąg na jednej nodze i windmill z kettlem nad łbem - są obecnie pokazem chaosu i braku kontroli nad własnym ciałem. Windmilla nie robię nawet z 8kg, choć docelowo miało być 12 :/

Największym wyzwaniem pozostaje jednak jedzenie. Nie takie romantyczne lub wykwintne, tylko to tabelkowe żarcie pod makro. Niby jem mięso i strączki, niby robię wszystko jak trzeba, ale kurwa: po treningu nie jestem głodna, w pracy nie jem w ogóle, a upchnięcie 100g białka w dwóch posiłkach to już wyższa szkoła jazdy. Do tego dochodzi fakt, że odżywka białkowa to dla mnie ostateczność, ale oczywiście się nią ratuję. No bo skoro ruch nie sprawia mi w tym momencie przyjemności, to chociaż niech moje ciało skorzysta.

Odgrażałam się, że sprzedam ryby i kurwa sprzedałam. Początkowo chętni brali po kilkanascie sztuk, co zaczęło mnie irytować.  Aż wczoraj trafił się jakiś akwarystyczny pojeb - koleś w ujebanych ciuchach roboczych, z zaschniętych tynkiem we włosach - który kupił 150 ryb.

I co na to Stary? Że teraz mamy miejsce na nowe. Więc mamy więcej kolorów platek i jeszcze kilka molinezji, bo dwa gatunki w ofercie to za mało.

Z drugiej strony, grosz do grosza i w tydzień zarobiłam na media, więc jestem wręcz zmuszona do wcielenia się w rolnika, który brzydzi się wszystkim co dotknęło gleby.

W poniedziałek, dzień zero czyli operacja mojego lubego. Nie wiem, kto się bardziej stresuje, ale Stary chyba jednak bardziej, bo przekazał mi gdzie są papiery od auta i jaki ma pin do karty (nie przyznałam się, że go znam). Dostałam też jasny zakaz sprzedawania passata poniżej ustalonej kwoty. Więc chyba był to ustny testament, a nie zwyczajne informacje. 

Liczę, że we wtorek mój partner wróci do domu w jednym kawałku, a ja nie będę musiała ani tłumaczyć się z kradzieży jego pieniędzy, ani targować się z turasami.

I kończąc wpis, chcę Was poinformować, że jeśli znikam, to nie dlatego, że jest lepiej. To dlatego, że próbuję funkcjonować jakkolwiek. A obecnie, to nawet moje monstery radzą sobie lepiej. Jest zima, a one puszczają nowe liście.


Komentarze

  1. Mocno Cię przytulam. Wszystko kiedyś minie. :) Prześladuje mnie reklama firmy ubezpieczeniowej dla Polaków żyjących w Niemczech. "Wszyscy kiedyś umrzemy. Po co umierać na darmo." Przesyłam dużo dobrej energii dla Was obojga.

    OdpowiedzUsuń
  2. Drzazgi w czole, mistrzostwo. Ja kiedys mialam kleszcza na linii wodnej oka, podobny poziom absurdu. Trzymaj sie cieplo w tym ciezkim okresie, za taki zart z klawiatura kolesia by u mnie wynosili w worku... o ile bylby dostrpny w jednym kawalku, a nie w stanie skupienia: puzzle.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kleszcz na linii wodnej oka!! A myślałam, że u mojej córki było dziwnie - we włosach XD

      Usuń
  3. Cieszę się, że napisałaś, przykro mi, że przechodzisz taki ciężki czas. Przytulam Cię bardzo 💜

    OdpowiedzUsuń
  4. Właśnie wczoraj myślałam, co u ciebie, bo nic nie piszesz. Niestety z tym metabolizmem to mam tak samo, zima nawiedziła Polskę, więc przestałam jeździć na rowerze do pracy i bum, pół kilo więcej :( A jem ciągle tyle samo. Nawet zaczęłam jeść mięso, chociaż ograniczałam, żeby dobijać więcej białka. Ale 100g dziennie wciąż udaje mi się bardzo rzadko, nawet z odżywką białkową.

    OdpowiedzUsuń
  5. Martwiłam się. Nie znikaj.

    OdpowiedzUsuń
  6. Też się zastanawiałam, czy żyjesz… Trzymaj się!

    OdpowiedzUsuń
  7. przykro mi, ale temat pracy to tez moj temat, mam czasem tego tak dosc.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty