Normalność jest przereklamowana
Wrócę jeszcze do poprzedniego tygodnia, czyli do przygotowań do operacji. Ja - panika, Stary - stres, kot - wszystko miał w dupie.
Wieczorem wyciągnęłam kosmetyczkę Starego i zaczęłam pakowanie. Wrzuciłam do niej nową pastę do zębów, bo mój luby nie wie, gdzie trzymamy zapasy i istniało spore ryzyko, że do szpitala zabrałby maść ichtiolową. Dorzuciłam jeszcze butelkę z resztką szamponu, co by przy okazji pozbyć się śmieci :D
A teraz słuchajcie tego: idę do kuchni zrobić herbatę, a tam zastaję Starego zawijającego bułki w folię aluminiową. Wyglądał jak ten świstak z reklamy, co coś tam zawijał w sreberka (chyba czekoladę). Machnęłam ręką. I jasne, że śmiałam się pod nosem, bo jego zapobiegliwość miała solidne podstawy: przy operacji żylaków trzy lata temu, przesunęli mu zabieg na następny dzień. I biedny siedział w szpitalu na czczo do południa - głodny i wkurwiony. W międzyczasie wysępił jedno jabłko od pielęgniarki (już wiem po kim Pimpek ma wyłudzanie jedzenia), następnie robił mi na czacie relację z obiadu, który oczywiście był bez smaku i mało jadalny, a na koniec wysłał mi zdjęcie kebaba. Tak - zamówił kebsa do szpitala.
Dlatego tym razem wszedł na oddział z zapasem jedzenia, jakby się okazało, że posiłki miały być niewystarczająco sycące. No, ale tym razem szpitalne jedzenie było całkiem smaczne, wg Starego oczywiście, a ja mu wierzę na słowo.
Rekonwalescencja, no cóż...nie należy do przyjemnych, chyba że ktoś lubi cierpieć. Zaraz po wybudzeniu dostałam serię selfie: Stary z rurką w nosie, z przyklejonym sznurkiem na środku kichawy. Potem zdjęcie z lodami, takimi do jedzenia, na patyku. Podobno to standard, a mój samiec przez cały pobyt zjadł ich pięć.
Następnie telefon i opierdol, żebym mówiła ciszej, bo go łeb bolał. Dla mnie była to wspaniała wiadomość i sukces medycyny. Drenaż ucha się udał i teraz Stary słyszy wszystko. Każdy szelest, każde westchnięcie, pierdnięcie kota i trzepotanie moich rzęs. Nareszcie - gdy zrobię obiad - mogę go zawołać, zamiast wysyłać mu wiadomości na Whatsapp (poważnie, tak było).
Zobaczyliśmy się dopiero w środę, choć miał wyjść we wtorek. Korka w nosie już nie było, ale zostały niewidoczne, silikonowe szyny, które będą wyciągane za kilka dni (fuuuuu). Ogólnie, wygląda jakby dostał solidny wpierdol. Twarz spuchnięta, siniaki pod i nad oczami, i wystające szwy z nosa, wyglądające jak zmutowane włosy.
Oczywiście, jak to ja - pod jego nieobecność jadłam byle co. Często byłam tak leniwa, że wolałam siedzieć głodna, niż ruszyć dupę do kuchni. Powinno mi być wstyd. Absolutnie nie jest. Ważne było dla mnie ustawienie przypomnienia w telefonie, że ryby też muszą jeść. Od lat był to obowiązek Starego i nigdy się w to nie wpierdalałam. Z resztą zwierząt jest podobnie: gekony są moje, Pimpek na spółkę. Choć ja częściej go karmię, ponieważ w tygodniu wstaję pierwsza, żeby zdążyć z wlosingiem i resztą get ready with me bieda edyszyn. W weekendy, jak się nie zgramy, kot je dwa razy śniadanie.
O treningach będzie krótko. Siłowe nigdy nie były moją pasją, a dźwiganie ciężarów nie leży w mojej naturze i chyba też nie w przeznaczeniu. Ale słowo się rzekło, ogłosiłam tu że ćwiczę, a podobno publiczne składanie obietnic jest najlepszą motywacją do ich spełnienia - chyba, że jest się politykiem, no to wtedy ta zasada nie obowiązuje.
Może uda sprawdzić, czy ciało po kilku miesiącach będzie bardziej foremne, czy to tylko takie pierdolamento :) W niedzielę zaatakowałam 42 kilosow w martwym ciągu i weszło jak masło, więc dzisiaj dokładam większy ciężar. Plan mam mało ambitny, bo chcę dźwigać i progresowac ciężar do końca kwietnia albo maja. A potem albo dynamiczne ćwiczenia, albo - co bardziej prawdopodobne - zamienię ruch na studiowanie struktury raufazy.
Praca: teoretycznie mamy mniej zamówień, ale ja nadal nie mam chwili spokoju i brakuje mi czasu żeby pójść spokojnie się wysikać. Z zaskoczenia wpadła też moja rozmowa personalna. Była ona specyficzna, bo trudno coś rozwijać, gdy jasno komunikuję swój stosunek do pracy - to nie koncert życzeń i robię to, co trzeba. Nie wybieram, co lubię, a czego nie. Zwłaszcza że nie jest tajemnicą, że generalnie nie lubię tam przychodzić, więc nawet nie miałam w głowie ani jednej czynności, którą mogłabym wrzucić do kategorii przyjemnych i lubianych xD
Potem był meeting pojednawczy z tą od maila, który zaowocował daily meetingami. Wygląda to tak, że przygotowuję się do nich godzinę, a one trwają pięć minut i są absolutną stratą czasu. No i w poniedziałek kolejne spierdolone spotkanie, bo menager ma urlop i ktoś musi iść za niego by zasiąść przy okrągłym stole. Nadal czuję się tam jak daleka i biedna krewna.
Miałam nawet pomysł, żeby wysyłać na te posiedzenia Sycylijczyka, gdyż bardziej pasuje do kanonu tam zgromadzonych: wiek, płeć, doświadczenie, język. Ale po ostatnim cyrku doszłam do wniosku, że obnażanie nieudolności "mądrych głów" pod płaszczykiem pomocy wychodzi mi wyśmienicie. Więc jeszcze trochę tam pochodzę i będę im dopierdalać w białych rękawiczkach. Tak, wiem... Jestem suką.
Plusy: dostałam podwyżkę.
Minusy: nadal marzę o tym, żeby zrobić dziesięć kroków w tył i pójść pracować za najniższą krajową, byleby tylko robić najprostszą robotę świata i nie ponosić żadnej odpowiedzialności. Odbębnić swoje i wyjebane.




Jak dobrze, że jesteś! Ps 42 kg po miesiącu!? Czyli gdybyś miała dźwiganie we krwi i w przeznaczeniu, ludzie zwracaliby się do Ciebie per Pudzianowa :D
OdpowiedzUsuńWczoraj wieczorem wzięłam 46kg xD ale nie można zapominać, że po części pracuję fizycznie i może być mi łatwiej przez znajomość ruchu (podnoszenie w magazynie to standard).
UsuńDlaczego masz kubek z Hitlerem?😜
OdpowiedzUsuńTo nie mój! To tylko dowód na to, że granica między ludzikiem podobnym do Bolka lub Lolka, a Adolfem jest bardzo cienka :)
UsuńO Jezu. Ja w czwartek lub piątek patrzyłam z zazdrością na panią sprzątająca. I marzyłam o myciu podłóg - może i za najniższą krajową, ale w jakim spokoju.
OdpowiedzUsuńOpis mojego? Tu?
OdpowiedzUsuńTwojego kogo? Albo czego? :)
UsuńEj, ja do takiej masy doszłam chyba po 8 miesiącach!
OdpowiedzUsuńKochana- niewaznw na jakim stanowisku, zasada ta sama. Robić co w miarę trzeba w robocie wyjebane- taka różnica między praca na swoim a u kogoś
OdpowiedzUsuń* A po robocie wy*bane
Usuńtez zastanawialam sie czy Bolek i Lolek czy H. Gratuluje podwyzki, zawsze to jakis pozytywny punkt, tam mysl o pracy za najnizsza, nie sadze by to przelozylo sie na spokoj, jak widze jak np kurierzy gonia z paczkami i nie widza konca dnia, ..... , ktos wspomnial sprzatanie - robilam to 6 lat, nigdy w zyciu, ludzie traktuja jak niewolnika (wiem, sa wyjatki ale to sa wyjatki), robota niewdzieczna i z wiekiem za ciezka. Cieszmy sie tym .... co mamy i wyciagnijmy ile sie da pozytywnego, chocby kase.
OdpowiedzUsuń