Telefoniczne rozmowy czyli dlaczego mam opory
W starym pamiętniku kiedyś już się do tego przyznawałam: rozmowy telefoniczne budzą we mnie opór. Wiem, że nie jestem sama - tysiące ludzi na sam dźwięk dzwonka dostają mikro zawału serca, a nieznane numery są odrzucane szybciej niż zaloty Sabixa bez dwóch jedynek. U mnie to już jednak nie jest zwykła niechęć. To rozwinięta telefonofobia. Nie wiem, czy winny jest postęp technologii i wieczne stukanie w klawiaturę, czy może fakt, że rozmowa bez mimiki wydaje mi się czymś nienaturalnym - to tak jakby umówić się na randkę z kimś, kto postanowił założyć maskę przeciwgazową. Głos w słuchawce brzmi, jakby rozmówca zamknął się w szafie, dzwonił spod kołdry albo z trójkąta bermudzkiego. A najgorsze jest to, że trzeba reagować natychmiast. Tu i teraz. Bez możliwości zastanowienia się. I co szczególnie okrutne - bez rzucenia słuchawką :D
Dlatego większość takich rozmów odkładam do momentu, w którym naprawdę nie mam już wyjścia. Albo rezygnuję z nich całkowicie, udając, że problem sam się rozwiąże. Na przykład teraz, kiedy wyjazd do Polski zbliża się wielkimi krokami, a ja wciąż nie zdecydowałam się na wykręcenie numeru do mojej fryzjerki :D No, ale teraz jest już zresztą za późno: okres przedświąteczny, czyli moment, w którym wszystkie kobiety masowo przeistaczają się w miss "wigilia edyszyn". Nawet idealny sernik i karp, który nie jebie mułem nie uratują sytuacji, gdy łeb jest zapuszczony. To zaburza świąteczny porządek świata i może obrazić zbłąkanego wędrowca. Albo - co gorsza - mamę. Bo szczerze wątpię, żeby Jezus zwracał uwagę na odrost czy oceniał trendy fryzjerskie.
A nawet gdybym jakimś cudem załapała się na samo cięcie, to nie, ale podziękuję. Ostatnim razem moja fryzjerka spojrzała na mnie potępiającym wzrokiem, za zapuszczenie się. Po zapłacie za usługę na jej twarzy można było wyczytać zażenowanie: odrost, kilka siwych włosów, wypłowiałe końcówki, no bo ona miała tylko czas na zwykłe cięcie i wstyd było jej wypuścić mnie w takim stanie ze swojego salonu. Postanowiłam więc oszczędzić sobie tej przyjemności, a jej antyreklamy.
Miłość to bezgraniczne zaufanie. Kiedy kogoś kochasz, powierzasz mu największe sekrety, wkraczasz do kibla z papierem toaletowym podczas sraczki życia, albo prowadzisz poważne dyskusje o tym, czy konkretny sweter obraża poczucie estetyki drugiej połówki. Ja swojemu Staremu ufam tak bardzo, że pozwoliłam mu obciąć moje włosy. Mam to szczęście, że mój partner jest nie tylko cierpliwy, ale i śmiertelnie dokładny. Dla niego kąt prosty to zawsze 90 stopni i ani mniej, ani więcej. Jeśli mówię, że ma być 37,2 mm, to wiem, że będzie. Skrzywienie zawodowe, lata pracy w stolarni. Nikomu innemu bym tego nie powierzyła. Prędzej chodziłabym z miotłą na głowie niż poprosiła kogoś innego o ścięcie włosów.
Życie online, poza zdziczeniem społecznym i unikaniem telefonów, ma jednak swoje plusy. Zakupy w sieci to jeden z nich. Amazon Prime uratował mi skórę i humor więcej razy, niż jestem w stanie policzyć - szczególnie, gdy nagle dopadł mnie przypływ weny i musialam natychmiast mieć jakiś kompletnie zbędny gadżet do moich projektów. Tym razem musiałam zamówić sprzęt do strzyżenia, bo jedyne, co posiadałam, to szczotka do włosów i tępe nożyczki, które obecnie służą do przycinania roślinek w akwarium.
Więcej narzędzi ma mój Pimpek. Dla niego mam chyba pięć różnych grzebieni, kilka szczotek i trymerów. Niektóre z nich mają ponad 25 lat i są spadkiem po naszym pierwszym psie - airedale terrierze - którego upiększanie przed wystawami zajmowało kilka godzin. Mam zatem zwierzęcy zestaw fryzjerski, który jest turbo odporny, wchuj profesjonalny i długowieczy. Ale nie nadaje się dla ludzi.
Samo cięcie odbyło się szybko, sprawnie i bezboleśnie. Nie chciałam żadnej fikuśnej fryzury z katalogu: cieniowania, stopniowania, chaosu nazwanego chwytliwie wolfcut. Zwykłe cięcie. Prawie jak od garnka, na wzór filmu głupi i głupszy xD Z fryzur nowoczesnych dawno wyrosłam, i teraz przeżywam fazę grzecznej dziewczynki nie rzucającej się w oczy. Bycie niewidzialną stało się moim hobby. Gdybym mogła wybierać, w nowym życiu byłabym kameleonem. Dokładnie tym maltańskim, ktorego szukałam po krzakach przez ponad godzinę.
Muszę przyznać, że efekt końcowy przeszedł moje oczekiwania - czyli zakładałam, że będzie dużo gorzej :D W związku z tym, istnieje spora szansa, że mój partner będzie regularnie proszony o podcinanie końcówek, żeby trzymać moje szkuty w ryzach. Bo niestety, nieważne jak o nie dbam, ile litrów oleju na nie pieprznę i jak drogich kosmetyków użyję - moje końcówki rozdwajają się i łamią szybciej niż moja wiara w społeczeństwo. A to oznacza jedno: splątane włosy, brutalne rozczesywanie, zatkany odpływ w wannie i kurwowanie pod nosem xD

.jpeg)





Piękny opis precyzji i cierpliwości Starego :D w ogóle stolarnia!? Praca z drewnem to jedna z moich fantazji, których nigdy nie spełnię :D a zapuściłaś te wygolone boki?
OdpowiedzUsuńWygolone boki zapuściłem chyba już z 2 lata temu :D a praca z drewnem jest bardzo trudna i dość niebezpieczna że względu na stosowane narzędzia. Mało który stolarz ma wszystkie palce :D
OdpowiedzUsuńNie cierpię rozmów telefonicznych typu : co słychać! A fryzjera też mam domowego. Różne skutki nieraz są na głowie, ale jak się nie ma co się lubi..... Kiedyś tam strzygłam się sama na zapałkę.💕😍
OdpowiedzUsuńOdważna jestes :) chociaż mnie też czasem kusi... :P
OdpowiedzUsuńJestem z Mazowsza i tu się nie używa słowa "szkuty", ale gdzieś o szkutach przeczytałam w kontekście, że to nogi :)
OdpowiedzUsuńU mnie mama zajmuje sie cieciem a ja farbowaniem. Klade farbe sobie, dawniej farbowalam tez mame. Do fryzjerki jezdze dio Polski tak samo jak i do dentysty i milosiernie obie wizyty rezerwuje online. Nienawidze gdziekolwiek dzwonic...
OdpowiedzUsuńWiciszyłam komórkę jakiś czas temu bo gwizdy facebookowe mnie prześladowały. :D Rzeczywiście w dzwoniącym telefonie jest coś niepokojącego.
OdpowiedzUsuń