Sobota - zakupy grozy, ciasto grozy, rozkminy grozy.

Od kilku dni chodzę przemarznięta. Poranki i wieczory są tak przenikliwie zimne, że zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem nie nawiedza mnie jakiś upiór. I to nie jest takie zimno jak na przeziębienie lub grypę. Nie.  Nawet moje grube skarpetki z piernikowymi ludzikami są bezradne - a powinny grzać już samym świątecznym urokiem.

Mój tato ma swoje powiedzonka. Jak go łapały krótkie, ale intensywne dreszcze, mówił, że śmierć go przeskoczyła. I takie ciepłe, rodzinne hasła były u nas codziennością.

Dziś byliśmy na zakupach. Oczywiście za późno, jak zawsze. Mogliśmy ogarnąć wszystko wczoraj, ale po chuj... Trzeba było pojechać do TKmaxa, pooglądać kurzołapy i wrócić z niczym. Wiedząc, że zaraz wybywamy z domu na prawie dwa tygodnie, wzięliśmy dziś tylko podstawowe rzeczy. Tyle, żeby przetrwać tydzień, ale też żeby nie trzeba było zabierać pół lodówki do Polski. A mimo że wzięliśmy tyle, co nic, to przy kasie znowu poczułam palpitacje serca. Ruski sklep: ponad 90 euro. Lidl: 70. Na dwie osoby i tydzień jedzenia, z czego połowa menu to ziemniaki i zupa. Najekskluzywniejsze mięso - ogony wołowe i mielone.

Później przyszedł czas pakowania prezentów part 2, bo wczorajszego dnia moja cierpliwość skończyła się po trzech kwadransach. Tym razem wzięłam się za prezenty dla rodziny Starego. W ogóle to taśma klejąca z Aktion to jest takie gówno, że powinni ją wycofać ze sprzedaży. Zero kleju czyli zero funkcji. No i zamiast kleić małe paski jak normalny człowiek, ja okejalam wszystko, żeby trzymało się kupy.

Oczywiście w mojej głowie już siedzi myśl, że przy świątecznym stole będzie to powód do żartów i podśmiechujek. Moja familia ma talent do uszczypliwości, takich owiniętych w  żartobliwe opakowanie. Niby intelektualiści, niby wysoka kultura, ale jak przyjdzie co do czego, to potrafią być nieadekwatnie niegrzeczni.

No, ale podobno to ja jestem przewrażliwiona na swoim punkcie.



W ramach mojego samodoskonalenia kulinarnego postanowiłam zrobić miodownik. Czyli pierdyliard cienkich placków i krem, które trzeba ułożyć warstwowo, jakby się budowało torta dla samego Tutanchamona :D Roboty wciul, ciasto klejące - po pierwszym wałkowaniu pożałowałam, że wpadłam na ten debilny pomysł. A drugi raz, gdy moją krzywą wieżę musiałam obsypać zmiksowanymi resztkami upieczonego ciasta.

Tu powiedzmy, że insta zdjęcie:


A tu rzeczywistość:


No właśnie, bo pierdolone urodziny już jutro i każda osoba, która zapuka do moich drzwi wyjdzie z miodownikiem. 

Urodziny to ten dzień, który inni kochają, a ja mam ochotę zaszyc się pod ziemią. Bycie w centrum uwagi to dla mnie jak kara. I te gratulacje za to, że przeżyłam kolejny rok w trybie hard. A jak słyszę hasło "sto lat" to mam ochotę odpowiedzieć, że nie życzę sobie aż takiego cierpienia.

W pracy mamy taką gazetkę, gdzie wypisują urodziny pracowników. Ja zastrzegłam już lata temu żeby moich nie wpisywali. Pech chciał, że oczywiście koleżanka z pracy ma je tego samego dnia, więc wszyscy i tak kojarzą. I zaczyna się festiwal niezręczności. Menager jedyny rozumie temat: po szczerej rozmowie odpuścił roślinki i prezenty, a w tym roku zapytał tylko, czy może zrobić coś, żebym była szczęśliwa. Oświadczyłam mu, że mógłby mnie zwolnić - no bo co mnie może uszczęśliwić jak nie odprawa? 


Dzisiaj są Mikołajki. Dzieci dostają prezenty od grubasa odzianego w czerwony uniform, a ja dostałam kwiaty od mojej niemieckiej mamy. To jedna z tych osób, które nie są spokrewnione, a traktują lepiej niż własna rodzina. Wspiera mnie od pierwszego dnia. Chwali. Docenia. Mówi rzeczy, które teoretycznie powinna mówić matka - tylko moja jakoś zawsze miała z tym problem. I tak, boli mnie to, choć powinnam to olać. Ale trudno pogodzić się z rolą tego gorszego dziecka, nawet jeśli to rola wymyślona, a nie zasłużona.


No i na koniec wracamy do potrawy, która zdradza z jakiego regionu Polski jestem. Pieczonki, prażonki, duszonki, kociołek - zwał jak zwał. Tłuszcz, kiełbasa, ziemniaki i burak, którego rola polega na tym, żeby był akcent kolorystyczny. 




Komentarze

  1. no nie za midownik tobym się nie wzięła. ZA wysokie progi...:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z jednej strony jest prosty, bo ciasto ciężko zepsuć, podobnie jak krem. Ale całość jest bardzo pracochłonna...

      Usuń
  2. mmmm.... Prazonki... Wieki nie jadlam...

    OdpowiedzUsuń
  3. Hmm, zrobić miodownik wg mnie to wysokie progi, ale jeszcze trudniej to go przed przyjściem gości nie napocząć😋

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Miodownik to taka pułapka - z jednej strony mało składników i wydaje się taaaaaki prosty... :P

      Usuń
  4. KlaudiaGriffin10 grudnia 2025 09:48

    Nie mam pojęcia z jakiego regionu są prażonki ale chętnie bym takie zjadła :D co do miodownika to ja zawsze robię na dużą blachę (przepis jest na dużą na trzy placki) ja robię na wielgachną i piekę zawsze tylko dwa blaty a w środek daję herbatniki i już jest dużo mniej roboty - polecam :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za szybszy sposób - ten mój to trochę za skomplikowany :P

      Usuń
  5. hej tu sunniva prosze o chwile cierpliwosci zanim ogarne te blogi xd

    OdpowiedzUsuń
  6. Bosssko u Ciebie... i Niczego sobie ten miodownik :) Odnośnie taśmy do klejenia (klejącej) moja najlepsza w życiu to była taka węższa przezroczysta w prążki, pochodziła z DE. Już szperałam na allegro i temu i nie ma takiej drugiej. Niestety zapasy się skończyły, a osoba która dostarczała już mnie nie lubi ;) Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja mam od groma taśmy klejącej, ale nadającej się bardziej na klejenie kartonów niż papieru ozdobnego :) tej z Aktion nie polecam :)

      Usuń

Prześlij komentarz

Popularne posty