Rok 2025 w kuchni
Skoro zagroziłam, że zrobię kulinarne podsumowanie, to proszę bardzo: oto ono. Rok 2025 byl pełen potraw, które wahały się od niedowierzania, że coś kurwa wyszło, po słowa Starego "no nie pierdol, że mam to zjeść" :D
Zaczęłam typowo polsko: mięsa tyle, że mogłabym złożyć CV do rzeźnika.
A potem cos mi dowaliło i nadeszła faza na wstręt do wszystkiego, co kiedyś kiedyś miało oczy i oddychało płucami.
To wtedy odkryłam, że czerwona soczewica może mieć smak, a ciecierzyca faktycznie nadaje się do jedzenia, jeśli nikomu nie przeszkadzają pierdy.
Bywały dni, kiedy mój talerz wygladal niemal jak w więzieniu. I nie dlatego, że dbałam o formę - po prostu mi się kurwa nie chciało gotować i szłam po najmniejszej linii oporu.
Latem gotowałam tyle zup krem (kremów?) z pieczonych pomidorów, że moglabym napisać o tym procesie doktorat. Wersje z jamon serrano, z fetą, z przypadkowym składnikiem wytarganym z lodówki.
Odkryłam trik na oczyszczanie kurek: obsypać mąką i wypłukać, by pozbyć się leśnych pozostałości. Kurwa, jakby mi ktoś to powiedział wcześniej, oszczędziłabym sobie grzebania i wydłubywania każdego ziarenka piasku.
Testowałam też viralowego kebsa - był okej. Kartacze - zdecydowanie nie okej :D
Torty - dwa, nawet jadalne, chociaż dalej nie ogarniam tynkowania.
Babka - jedna, wyglądająca jak coś trującego, bo w naturze kolor niebieski nie występuje. Każdy zdrowy mózg strajkował i krzyczał, że to jest niejadalne gówno.
Były też babeczki - testowałam przepisy jak popierdolona, ale idealnego nie znalazłam. Za to znalazłam kilkanaście sposobów, żeby wszystko spieprzyć :D
Zupy: głównie rameno rosół w wielu kombinacjach
Stworzyłam proteinową wersję sushi :D
Testowałam wszystkie możliwe masale i podejrzewam, że w poprzednim wcieleniu urodziłam się w Bombaju.
Były tez samosy, ale to jest zło. Zrobiłam, przeżyłam, lecz nigdy kurwa więcej.
Upiekłam chleb i wyszedł lepszy niż niemiecki, ale akurat to żadne osiągnięcie :P
Talaterki: rozjebaly się po wyjęciu z foremek silikonowych
Kremna rezina: masa wyszła tak rzadka, że mogłam ją wypić niczym shake'a
Salceson: był tak tłusty, że powinniśmy umrzeć na miażdżycę.
Po powrocie z urlopu próbowałam odtworzać lokalne potrawy:
maltańska zupa rybna "aljotta" podobno wyszła lepsza niż ta "ichnia"
musaka: spoko, ale muszę ją delikatnie dopracować
I tak wyglądał mój rok w kuchni. Dużo gotowania, dużo kurwowania pod nosem i na głos, dużo potraw, które prawdopodobnie nawet koło oryginałów nie stały :D
Czy było warto? No kurwa... Jasne, że tak :)






















Artystyczną masz duszę!
OdpowiedzUsuńJejku, jak podziwiam ludzi, którzy lubią gotować :D Ja jak tylko składniki na coś kupię z zamiarem zrobienia, to już w momencie przyniesienia do domu stwierdzam, że nie będzie mi się chciało :D
OdpowiedzUsuńAleż zróżnicowanie! Niebieski tort mój nr jeden (dla oczu), do jedzenia zupy wszystko vege. A kurki całkiem dobrze w wodzie się myje, śmieci na dno opadają. Ale w moim lesie one w mchu raczej rosną.
OdpowiedzUsuńJeju ja też podziwiam, że Ci się chce :D i jeszcze Ci wychodzi! Nie mogę dodać komcia z konta Google - Himawari
OdpowiedzUsuń