Idealna córka: odruch Pawłowa czy własna inicjatywa?

Ostatnie szlify przed wyjazdem, czyli rytuał osoby, która zna schematy i przyczyny, ale nadal sprząta mieszkanie tak, jakby od tego zależało jej życie. 

Chata ogarnięta, torba spakowana, po czym oczywiście rozpakowana i spakowana ponownie, bo nie pamiętałam, czy wrzuciłam 10 par majtek, czy 11. Potem konsternacja, czy to wystarczy, czy może dorzucić kolejną parę, skoro sraczka nerwowa czai się tuż za rogiem?

Lodówka skontrolowana, żeby nic się nie zawieruszyło i nie zdechło. Bułki i napoje na drogę, jakbym jechała przez saharę, a nie niemiecką autostradę, która naszpikowana jest stacjami benzynowymi. Żwirek zapasowy i giga paczka saszet. Kurze starte, żeby Pimpkowi przyjemniej było przesypiać moją nieobecność. Gotowanie na wynos, bo przecież nie można po prostu wyjechać jak normalny człowiek - trzeba jeszcze zostawić po sobie kulinarny ślad istnienia :D

Mój piernik staropolski leżakuje od pięciu tygodni. Dojrzewa powoli, cierpliwie, zupełnie jak moje koszmarki nawiedzające mnie przed podróżą. Po przyjeździe do rodziców zostanie wreszcie przetworzony z wersji surowej w stan jadalny, by móc komplementować moją mamę - nie mnie, nie piekarnik, nie powidła śliwkowe czy polewę instant. Ale nie oszukujmy się - jeden piernik to za mało, żeby zasłużyć na święty spokój, więc przygotowałam cały pakiet słodkości.

Masło staniało, więc wzięłam cztery kostki w Lidlu. W tym momencie poczułam, że jeśli ich nie wykorzystam, zawiodę jako polska obywatelka, córka i kobieta. Mąka, miód i cukier podzieliły ten los. Tak powstały pierniczki bez cynamonu, bo po przekopaniu wszystkich szuflad kuchennych odkryłam, że zużyłam cały zapas - podobnie jak gotową przyprawę do piernika. Improwizacja ruszyła pełną parą (a improwizacja to moje drugie imię): młynek do kawy, ziele angielskie, pieprz, anyż, kawa i CAŁA gałka muszkatołowa. 

Gałka muszkatołowa w większych ilościach działa psychoaktywnie, zupełnie jak lsd. Może powodować halucynacje, derealizację i euforię. Czyli w sumie dokładnie to, czego potrzeba na rodzinne święta :D Jeśli po tych pierniczkach zobaczymy białe króliki, renifera Rudolfa albo ktoś w końcu powie coś miłego, to uznam to za mój sukces (tu pojawił się w mojej głowie obraz mamy rozmawiającej z pierogiem nabitym na widelec xD)

Zgodnie z tradycją, pierniczki posklejały się w jedną niespójną masę - no bo najebać za dużo na blachę to tylko ja potrafię. Ludziki wyglądały jak mutanty z nadwyżką chromosomów, serduszka były niczym organy gotowe do przeszczepu, a gwiazdki - fragmenty meteorytów. Najgorsze było jednak to, że smakowały gorzko jak kurwa mać. Zrobiłam zatem lukier królewski z białek i cukru pudru - pierwszy raz w życiu. Jeśli moja rodzina wyjebie to do kosza, to serio - nie obrażę się. 

Zostały mi żółtka, więc nie było wyjścia i wjechało panettone. Włoska, legendarna babka, która jest czasochłonna, wymagająca i świetna dla osób, które mają kuchennego pierdolca. Zwykle dodaję czekoladę w postaci kulek przypominających królicze bobki, ale tym razem zapomniałam kupić. Alternatywą zostały więc suszone owoce, wcześniej namoczone w alkoholu, jakby jednak tej gałki muszkatołowej było za mało.

Pierwsze wyrabianie zaczęłam w środowy poranek, a w dzisiejsze południe babka już wisiała do góry nogami na pałeczkach do sushi - tradycyjnie z wykorzystaniem suszarki na pranie. Przez kilka godzin żyłam w strachu, że ciacho wypadnie z foremki i rozdupcy się o świeżo umytą podłogę, ale dziwo - przeżyło. Mogłam więc odpalić robota sprzątającego po raz ostatni i wrócić do dopinania przedwyjazdowego chaosu.

Z roli idealnej, zapierdalającej ponad normę córki nadal nie potrafię wyjść. Ciasta, torby z prezentami na już i pod choinkę, farsz do pierogów w słoikach, puste słoiki, chemia - to nadal ja. I nadal mam wrażenie, że to za mało. Za słabo. Za mało smacznie. Za mało finezyjnie. Perfekcjonizm nie ma w moim przypadku nic wspolnego z ambicją - to był długo mój sposób na przetrwanie. Nauczyłam się robić więcej, bo gdzieś głęboko siedzi przekonanie, że jak zrobię wystarczająco dużo, to może tym razem będzie normalniej. Milej. Ciszej. Że nie będzie ani uszczypliwości w białych rękawiczkach, ani poczucia wstydu.

Mimo świadomości, jak to wszystko działa, wciąż odruchowo dokładam kolejną porcję i myślę o kolejnym projekcie. Kuchnia jest moja strefą kontroli: tu mogę regulować napięcie, wyładować frustrację, a nawet ciepnąć szmatą w przypływie złości. Uczę się jednak jednego - ani komplementy, ani debilne komentarze nie definiują mnie jako osoby. Wiem też, że aprobaty mojej mamy nigdy nie zdobędę. I szczerze? Już jej nie chcę.

Kiedyś walczyłam o jej uznanie w każdy możliwy sposób - dawałam się wykorzystywać, skakałam jak malpa w cyrku, albo jeśli wymagała tego sytuacja - siedziałam cicho. Dziś, po tylu latach, mam to głęboko w dupie. Szkoda energii, czasu i nerwów. Teraz widzę, ile razy dostałam zjebę za rzeczy, na które nie miałam wpływu. Ile razy przerzucono na mnie odpowiedzialność dorosłych, gdy sama byłam dzieckiem. Ile razy mój sukces został olany, bo nie pasował do narracji lub okazał się być niewystarczajaco spektalularny by pochwalić się znajomym.

Gdzieś przeczytałam, że czarna owca w rodzinie to często najbardziej zdrowa psychicznie osoba. Ta, która nie chce brać udziału w chorych gierkach, emocjonalnych szantażach i udawaniu, że wszystko jest okej. Dlatego nie pasuje. Dlatego psuje "harmonię". Ja wypisałam się z tego układu lata temu, bo kolidował z moją wizją świata, zdrowiem psychicznym i... dobrym smakiem. Tak - również kulinarnym.

Ja wiem, że na pierwszy rzut oka to wygląda jakbym chuja zrozumiala: z jednej strony piszę, że leję na to ciepłym moczem, a z drugiej nadal stoję po łokcie w cieście, jakbym walczyła o tytuł córeczki roku. Tyle, że wypisanie się to nie jest takie magiczne pstryk w mózgu. Tu potrzeba czasu. Mentalnie wyszłam z układu dawno temu, emocjonalnie jestem w trakcie, ale mój układ nerwowy wciąż robi figle. To nawyk i niemal odruch warunkowy - jak ten pies Pawłowa, który ślinił się na dźwięk dzwonka. I tak uważam, ze już jestem dalej niż byłam, bo bycie "naj" nie mylę z miłością. Piekę, ale widzę jakie to pojebane i ile jeszcze przede mną pracy.

Choć nadal przygotowuję za dużo, pakuję pół domu do torby i momentami wracam do starych schematów, to wiem jedno: dobra córka nie musi być umęczona, niewidzialna i wiecznie za mała. Przede wszystkim powinna być sobą i być szczęśliwa. Nawet jeśli te konkretne wybory są niezrozumiałe, bo rodzinny świat ma dwa kolory i smakuje brukselką, której nikt nie je (ale nikt o tym nie mówi). 

Komentarze

  1. Strasznie to smutne. Osobiście uważam, że kupując masło w promocji już się wykazałaś jakoś obywatelka i kobieta. Było zamrozić 🤣

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy ja wiem czy smutne... Myślę, że prawdziwe, szczere i chyba dość powszechne :)

      Usuń
  2. A czy ty musisz utrzymywać ten kontakt z toksykiem? Nawet jeśli to matka? Nie żal ci WŁASNEGO życia?

    OdpowiedzUsuń
  3. Pamiętaj że to Ty decydujesz o tym jak ta relacja wyglada- ktoś tu wspomniał o zrywaniu, u mnie wystarczyło uświadomić mojej mamie że moja obecność nie jest gwarantowana więzami rodzinnymi i zasługuje na partnerskie traktowanie. Parę momentów w których wyszlam, nie przyjechałam, nie dzwoniłam pierwsza - i mamy naprawdę dobra relacje:) nawet cieszę się na rodzinne święta w tym roku (ja robię u teściowej i zaprosiłam mamę z bratem- pewnie pożałuję w poniedzialek- bo w niedziele jedziemy,)
    Pierniczki bardzo ładne:)

    OdpowiedzUsuń
  4. Pytanie. Musisz tam jechac? Jestes w innym kraju, masz swoje zycie. Po co Ci to?

    OdpowiedzUsuń
  5. Krummelku, to, że Twoja rodzina jest niestety toksyczna to wiem od dawna, czytając Cię - dobrze też tłumaczy, czemu pracujesz i mieszkasz za granicą (po prostu chciałaś od nich uciec). Czemu Ty akurat jesteś u nich czarną owcą i czego oni od Ciebie chcą - nie jestem w stanie zrozumieć. Przyszło mi do głowy, że jeśli jesteś w stanie na jedne czy dwa Święta NIE JECHAĆ DO NICH, bo nie, nie chce Ci się męczyć - ja bym tak zrobiła. Zwłaszcza jeśli np. firma pracuje i możesz normalnie pracować w te dni. Jeśli firma nie pracuje, to ustukaj kasę i wyskocz sobie na krótki wyjazd na wakacje. Albo po prostu nie rób nic. Ja bym na pewno o tę rodzinę nie zabiegała (tak, tak, łatwiej powiedzieć niż zrobić, wiem). ściskam

    OdpowiedzUsuń
  6. Kilka komentarzy już odniosło się do problemu pod tytułem “czy naprawdę musisz jechać”, jak wiesz ja sama też nie planuje w tym roku spotykać się z rodziną. Rozumiem jednak, że jakaś część Ciebie z jakiegoś powodu czuje się w obowiązku (a może chce?) jechać i przytulam Cię bardzo. Ps jesteś boska w kuchni, wiesz? Panettone, nie mogę wyjść z podziwu!

    OdpowiedzUsuń
  7. nie wiem w sumie co napisac, tyle w glowie naraz, smutne to ze nadal , tyle lat jestes samodzielna, radzisz sobie dobrze a nadal tkwia w tobie nie zagojone rany. Niektorzy pisza o twojej rodzinie . toksyczna, moim zdaniem gdyby tak to rozpatrywac nie wiem czy znalazloby sie idealna rodzine, zycie toczy sie roznie, kazdy niby chce jak najlepiej (pomijam patologie , bo o tym chyba nie ma tu mowy), a czasem wychodzi gownianie. Mysle ze brakuje nam w rodzinach czasu na prawdziwe rozmowy, tak pokolenie twoich rodzicow (moje), jak i obecne zaganiane praca nie zauwaza ze tego czasu brak, krotkie wymiany zdan, slowa rzucane bez dokladnego zastanowienia - i brak odpowiedzi, ktora by na ten blad zwrocila uwage, bo po co rozmawiac tworzy niezrozumeinie, kazdy ma jakas swoja wizje tego co kto mysli czy robi a tak naprawde chyba nie znamy sie w rodzinach, nie do konca jestesmy otwarci. Ja tu byc moze pisze bardziej o swojej rodzinei , dlatego ze widze troche analogii. Zastanawiam sie dlaczego podejmujesz sie tego wysilku przygotowan , podrozy, uczestniczenia w okresie, ktory jak czesto piszesz jest dla ciebie trudny. Cos jednak moze jest w tym czasie pozytywnego skoro to robisz, ludzie wyjezdzaja na narty, Bog wie gdzie i nie czuja potrzeby spotykania sie. Byloby wspaniale, gdybys mogla tym razem znalezc z mama czas, duzo czasu na prawdziwa, szczera rozmowe o twoich odczuciach, mysle ze mama nie jest swiadoma. Byc moze byloby to oczyszczajace, byc moze bylyby wasze ostatnie wspolne Swieta, a byc moze w przyszlym roku jechalabys bez scisnietego zoladka. Czasem warto to zaryzykowac.

    OdpowiedzUsuń
  8. KlaudiaGriffin25 grudnia 2025 00:20

    Chyba Cię rozumiem. Też jestem tą czarną owcą w rodzinie - a przynajmniej tak się czuję. Zapierdziel największy a nikt tego nie docenia. W tym roku zmarła moja mama. Zawsze to ona piekła mięsa na święta a ja szłam w inne rzeczy. Z uwagi na ten fakt napiekłam się mięs. Ojciec nakupił sobie wędliny i on zdziwiony , że ja mu wałówkę szykuję na święta. Zdziwiony? Co roku wstaje na święta o 4 rano. Wybudzam się i stresuję , że się nie wyrobię a po tylu latach on jest zdziwiony jakby to , że zrobiłam jedzenie było czymś nowym. Przykre te relacje rodzinne ale fakt faktem rodziców już się nie zmieni, można pracować jedynie nad sobą i nie szukać aprobaty w ludziach.

    OdpowiedzUsuń
  9. KlaudiaGriffin25 grudnia 2025 00:25

    Poczytałam komentarze, które mówią, że przecież wcale nie musisz jechać. Śmieszy mnie to , ja wiem jak to jest kiedy musisz nie dlatego, że ktoś Cię zmusza tylko dlatego , że masz to cholerne , wewnętrzne poczucie obowiązku. Uważam, że to wychodzi z wychowania, a tak na prawe wieloletniej manipulacji od najmłodszych lat, jesteś wytresowana, że tak po prostu musisz. Ktoś kto nie doświadczył manipulacji od dziecka kiedy jeszcze nie jest świadomy gdzie jest normalne rodzicielstwo a gdzie chora relacja nigdy tego nie zrozumieją.

    OdpowiedzUsuń
  10. Bądź sobą i bądź szczęśliwa! Bardzo szczęśliwa!

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty