Czarownicowatość: Zmęczenie zimą, PMS i teoria wiedźmy w pracy.

Skrótu tygodnia nie będzie – za to jest maraton zmęczenia, spóźniony okres i teorie, że jestem wiedźmą. No i pytanie najważniejsze:Jak przetrwać ciemnicę? Odpowiadam.

Ta pierdolona ciemność po powrocie do domu robi mi takie kuku we łbie, że około godziny 20 patrzę na zegarek i z pełnym przekonaniem stwierdzam, że na dzisiaj wystarczy i idę spać. Po prostu.

Brak światła dziennego rozwala mnie bardziej, niż się do tego przyznaję. Zmęczenie zimą to nie mit - serotonina leci w dół, rytm dobowy dostaje w pizdę, a mózg uznaje, że skoro jest ciemno, to trzeba hibernować. W tym tygodniu, między walką z sennością a hormonalnymi psikusami, musiałam też zmierzyć się z teorią, snutą w pracy, że jestem wiedźmą. W końcu czarownicowatość to nie dar, a po prostu nadwrażliwość emocjonalna.

Wczoraj nawet nie musiałam się specjalnie starać, żeby zasnąć. Pierwszego komara ucięłam krótko po powrocie z pracy. Jeszcze w ubraniach. Późnym wieczorem wstałam, przekonana, że to już koniec snu i teraz będę się przewracać do rana, ale stał się cud - po prysznicu i nakarmieniu mojego zoo, zasnęłam ponownie. Bez problemu. Bez przewracania się z boku na bok. Bez rozkmin i płakania w poduszkę. Obudziłam się dopiero następnego dnia. Co prawda w panice, bo śnił mi się kompleks składający się jedynie z wielu kibli na kilku poziomach.

Tak - będąc dzieckiem przydarzył mi się wstydliwy incydent polegający na zasikaniu się przez sen, bo był on zbyt rzeczywisty. 

Psychicznie jest naprawdę okej. Nie ma euforii, nie ma fazy, że kocham zycie, ale też nie zanotowałam zjazdu psychicznego. Jest stabilnie, a dla mnie to luksus.

Za to okres spóźnia mi się prawie tydzień. Niby nic, ale ostatnim razem taką obsuwę miałam po chorobie życia, kiedy organizm był zajęty głównie nieumieraniem. Teraz trudno mi znaleźć przyczynę. Może stres. Może zmęczenie. Może macica postanowiła zrobić mi psikusa.

Najpierw byłam przekonana, że tym razem pms mnie oszczędzi, bo zero objawów - żadnego bólu piersi, żadnej nerwicy, żadnych jazd bez trzymanki. No tak... brak pmsa to brak okresu. Kto by na to kurwa wpadł.

Ale ciało zawsze daje znać, tylko nigdy w miły sposób. Od czwartku nocne poty, włosy tak tłuste, że mogłabym nimi smarować patelnię. I ochota na węgle. Więc wdupcam marcepan bez opamiętania i lody Nuii, bo znalazłam dwa nowe smaki (pistacja i jakieś orzechy).

Staram się doceniać małe rzeczy. Naprawdę. Wchuj wzruszyło mnie, kiedy koleżanka z pracy wręczyła mi handmadeową czekoladę i powiedziała, że dziękuje, bo, cytuję: byłam dla niej przez cały rok. To było takie ciche, szczere i niespodziewane. Dopiero wtedy dotarło do mnie, że ktoś faktycznie widzi moje starania, a ja do tej pory byłam przekonana, że jestem tylko tłem.

Na urodziny dostałam trochę carów. Nic spektakularnego, ale ja nie miałam żadnych oczekiwań i jak wpisałam ostatnio - mnie to wisiało. Świeczki zawsze są spoko, podobnie jak słodycze i alkohole - wezmę do Polski. A skarpetki ze Snoopym były strzałem w dziesiątkę. Dyniowaty menager wie, że lubię kolorowe, z motywami, bo uważam że zgrzybienie zaczyna się, gdy wszystkie skarpety w szafie są czarne lub szare.


Praca jak praca. Koniec roku to zawsze moment, kiedy ktoś musi coś odjebać albo coś musi się  zjebać. Było darcie mordy, nagany, protokoły, płacz - na szczęście nie mój - czyli w sumie codzienność. Specjaliści mówią o jakimś tam napięciu związanym z zamknięciem roku i okresem rozliczeniowym, który może nasilać konflikty, ale ja nazywam to zmęczeniem materiału i "niedosłonecznieniem".

Rozmawiałam z ojcem o prezencie pod choinkę, bo mój partner - człowiek z gestem - kupił mu wędkę długą na ponad 3 metry, żeby miał czym wyciągać rekordowe karpie. Przy okazji tato zapytał, czy pomogę w tym roku przy wigilii. Jasne. Zaznaczyłam tylko, że musi najpierw pogadać z mamą, czy mnie wpuści do kuchni, i jeśli tak, to będę robić po swojemu. Ciekawe, czy to pichcenie zakończy się "dotarciem się", czy ucięciem kontaktu.

Wszędzie teraz pierdoli się o manifestacjach, afirmacjach, sile przyciągania i kwantowej rzeczywistości. Wystarczy intensywnie myśleć o perfekcyjnych pośladkach, a one same się formują. 

Ja manifestowalam kota. Koniecznie sfinksa, czyli bezwłosego, majestatycznego i lekko mistycznego. Los jednak postanowił zrobić sobie jaja i przyniosłam do domu włochatego persa. Ostatnio patrzyłam na Pimpka, który leżał z wyciągniętymi łapami i pomyślałam, że coś mi przypomina. No tak, wyglądał jak sfinks, ten egipski posąg. Stary dodał, że faktycznie, bo nie ma nosa :D czyli moje manifestacje zadziałały, ale nie tak jak oczekiwałam :D


W pracy snute są teorie, że jestem wiedźmą. Głównie dlatego, że jak ma nadejść silny wiatr, burza albo nagłe opady, mnie zaczyna boleć głowa. I to się sprawdza niemal zawsze, nawet jeśli prognoza nic nie zapowiada. Śmieję się, że zdradza mnie nos - z jednej strony wystająca kostka po złamaniu. Kompleks z dzieciństwa, który, o ironio, jest zachwalany jako słowiański. Ale prędzej ktoś zwróci uwagę na moje oczy, które charakteryzują się jasną tęczówką i ciemną oprawą bez tuningu w postaci kredki i tuszu. Ale mniejsza z wyglądem.

Pamiętacie zapewne Uzbeka. Tego nawiedzonego, przytulającego drzewa, co kilka razy doprowadził mnie do szału, wydając durne polecenia. Od pierwszego dnia pracy nazwał mnie "Hexe". Wtedy to olałam, bo nie on pierwszy i nie ostatni. Ale później temat wracał. Kilka razy. Np. Gdy ostatnio przyniosłam laleczkę voodoo z instrukcją obsługi - edycja pracownicza.

Największe ziarno niepewności zasiałam w nim, gdy opowiedziałam mu sen sprzed lat - o megafonach na lotnisku i ujętym terroryście. Następnego dnia w radiu usłyszałam wiadomość o śmierci Bin Ladena. Pociągnęłam rękaw bluzy, pokazałam gęsią skórkę. Mina Uzbeka była bezcenna xD

Wiadomo, że nieunikniona była rozmowa o rodzajach czarownic. On wierzy, że je przyciąga. Są złe, żartobliwe i dobre - coś jak wróżka zębuszka. Zapewniłam go, że nie należę do tych pierwszych. Klątw nie rzucam. Wolę, żeby ktoś, kto mi zalazł za skórę, gnił we własnym sosie. To uważam za wystarczające.

Potem zeszło na emocje. Na to, że czuję więcej. Pogodę, nastroje, ludzi. To nie magia - to nadwrażliwość emocjonalna. Cecha osobnicza, nie dar z kosmosu. Dawniej takie kobiety palono na stosach, dziś wysyła się na terapię xD

On zauważył, że ludzie przychodzą do mnie wyrzygać frustrację albo się wypłakać. Dla mnie to norma. W tym tygodniu Rosjanka ryczała mi w ramię, menager przyznał się do kolejnej, gorszej fazy, a koleżanka od czekolady potwierdziła, że moja obecność jest wspierająca. I tak - często czuję się jak emocjonalny śmietnik. Na koniec zapytał mnie o coś, co naprawdę we mnie usiadło. Jak długo mielę w sobie to, co na mnie spada. I czy mam osobę, której mogę to oddać.

Nie mam. Nie dlatego, że nie spotkałam odpowiedniej. Tylko dlatego, że nie chcę nikogo obarczać sobą. Głupi fun fact: zawsze pytam, jak mogę pomóc. Sama nigdy o pomoc nie proszę, bo uważam, że mnie się pomóc nie da.

Mój największy fail: szkolenie. Uzbek prowadził, opowiadał o planach na przyszły rok. Ja - jak zwykle - usiadłam z tyłu, przyciągnęłam stolik i zaczęłam rysować. Nie dlatego, że się nudzę. Rysowanie pomaga w przetwarzaniu słuchowym i rozładowuje napięcie. 

Po szkoleniu bardzo chciał zobaczyć rysunek. Kurwa... Ciężko było mi pokazać kartkę, na której był nabazgrany cmentarz, drzewo ze złamanym konarem i sznur wisielczy :D Mój Stary, próbując ratować sytuację krzyknął, że śliczny i sobie go powiesi na maszynie, co było wchuj groteskowe - u góry obrazka znajdował się tytuł: nazwa naszej firmy. Więc interpretacja mogła być dość kontrowersyjna.

Czy było mi wstyd? Nie. Może ciut niezręcznie, ale jak to ja - takie sytuacje wywołują we mnie tylko i wyłącznie śmiech.


Komentarze

  1. A więc niech stabilność trwa:) ja jestem na świątecznej falii, lekko euforycznej - a z doświadczenia wiem że styczeń i luty uderzają tym mocniej... wiec moze stabilny nastrój jest bezpieczniejszy.... ciekawe hak wam wyjdzie gotowanie, u mnie nawet jak podzieliłyśmy mama wytrawne ja słodkiego to tarcia byly... w tym roku gotuje u teściowej- ale mimo że unieruchomiona i 500 km dalej to już "organizuje rzeczy".... w kazdym razie harmonijną współpraca kuchenna przed świętami to dla mnie święty Graal, daj znać jak go odnajdziesz;)

    OdpowiedzUsuń
  2. KlaudiaGriffin13 grudnia 2025 11:47

    Widziałam gdzieś ostatnio rolkę , że takie nadwrażliwe osoby są z domów gdzie ojciec był emocjonalnie niedostępny a matka emocjonalnie niestabilna. Takie osoby uczą się czytać cudze emocje bo nigdy nie wiedziały czym zaskoczy je matka. U mnie to się w sumie sprawdza. Jeśli chodzi o wspólne gotowanie to nigdy w życiu nie podjęłabym się tak ryzykownej zabawy jak gotowanie z matką. U nas na święta była zasada , że dzieliłyśmy się która o której zajmuje kuchnię. Muszę przyznać, że się sprawdzała chociaż teraz po jej śmierci marzy mi się taka mała przedświąteczna awanturka *uj wie o co. Co do PMSu to ja wierzę, że wszystko jest kwestią stylu życia ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Opisany model rodziny był u mnie w domu. Dokładnie tak było.

      Usuń
    2. O, to bardzo ciekawe, u mnie też tak było

      Usuń
  3. Czekam na relację poświąteczną. Niech Ci się to gotowanie i cały pobyt udadzą. 😍💕

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty