Raport z frontu czyli ja vs rzeczywistość



Plan na wczorajszy poranek był prosty jak budowa cepa: kawa, zakupy, normalny dzień, bez spiny... I poważnie, tak było. Kawa wypita, kot nakarmiony, humor nawet przyzwoity - i wtedy Stary dostał ataku produktywności. Jak nie sprząta tygodniami, to oczywiście wybierze dziwny moment i na przykład robi porządki po moim gotowaniu. I nie byle jak - z rozmachem, całym sobą. Najpierw wypierdolil sól himalajską, którą wrzuciłam do szmaty tetrowej (zatoki nie odpuszczają), potem włączył odkurzacz przemysłowy. O szóstej z minutami, gdzie on zwykle nie daje mi włączyć pralki przed południem "bo sąsiedzi śpią". 

Potem, jak już stwierdziłam, że czas najwyższy się ogarnąć przed wyjazdem z chaty, dzwoni sąsiadka czy mamy wodę, bo u niej tylko bulgocze. Aha, super - u nas też.

Po godzinie coś drgnęło, ale z kranu wypłynęła ciecz, która prędzej przypominała urynę niż wodę. Zimna jeszcze jako tako, ale ciepła to były jakieś siki człowieka potrzebującego pilnej wizyty u urologa. W dodatku w rurach dalej wyło, bez ustanku. Nie wiedząc, co robić, zaliczylam krioterapię. Stary - nim miałam iść się myć - wyleciał z domu jak poparzony, więc nawet nie miałam się jak zapytać, czy to normalne, czy nie.

Po zakupy pojechaliśmy dopiero po południu, bo mój luby przypomniał sobie, że miał pomóc swojemu bezdomnemu siostrzeńcowi z autem. Ziomuś nadal mieszka w przytułku, niby znalazł pracę, niby chce coś zmienić, ale ja już to widziałam. Kolejny zryw, a jak będzie hajs, to zacznie się ćpanko. Auto kupiła mu matka, na dobry start, ale sprzedała mu kit, że to wujek pożyczył pieniążki i ma oddać. Zawsze jakaś technika odzyskiwania utopionej gotówki, ale czy skuteczna - czas pokaże.

Pimpek ma zaostrzenie artretyzmu. Naświetlam go lampą czerwoną, którą nawet nie wiem skąd mam. Z zastrzykami się wstrzymuję, podobnie jak z kocimi środkami przeciwbólowymi, bo one zawsze mają wpływ na narządy wewnętrzne. Poprawa jest, choć kocur w swoich ruchach jest dość oszczędny.

Ja za to mam swoje zaostrzenie psychiczne. Ostatnio trafiło mnie coś, co odpaliło we mnie wszystkie alarmy naraz. Jeden pierdolony trigger i już leci - ulegam samoistnemu zapętleniu i nie potrafię z niego wyjść. Wylałam to w tajnym zeszycie, przerobiłam z aplikacją, ale w głowie dalej siedzi stado potworów.

Stary to dobry człowiek, tylko emocjonalnie jest na poziomie nieadekwatnym do mojego. Więc siedzę z tym wszystkim sama i sobie mielę wszystko po cichu

Od lat trzymam emocje głęboko w sejfie, a sięganie do nich wybieram jako ostateczność - o ile w ogóle się tego podejmuję. W psychologii to się nazywa tryb zamrożenia - ciało żyje (i to kurwa jak!!!), a emocje, szczególnie te chujowe, są tak ukryte, że nawet Rutkowski razem z Mają mieliby problem by je odszukać. 

Ciało reaguje, bo jak emocje nie mogą się wydostać, to wysyłają sygnały przez ból, spięcia i inne cuda robiące "kuku". Wiem, że powinnam to rozpuścić, odpuścić, poczuć. Ale nie chce mi się. Z bólem fizycznym da się żyć. Z psychicznym - ciężej. 

Wczoraj postanowiłam położyć silikon pod wanną. Pierwsza próba to był dramat. Dziś więc poprawka: zdrapywanie, odtłuszczanie i powtórka z rozrywki. Wyszło lepiej, choć silikon był brązowy i każdy błąd walił po oczach jak plama na białej bluzce po zjedzeniu talerza pierogów z jagodami.

Perfekcjonizm to przekleństwo - nawet jak coś robię pierwszy raz, muszę to zrobić idealnie. Czyli tutaj oczekiwałam, że pierdolnę silikon jak ten kolega Starego, co robi łazienki dłużej niż ja żyję. I tak siedzę, dłubię, poprawiam, potem jest gorzej niż było, a ja się wkurwiam jeszcze bardziej.

Od poniedziałku wracam do pracy, czyli do mojego kurwidołka. Już czuję, że jak tylko przekroczę próg, powita mnie chaos i stosy papierów, których nikt nie tknął od tygodnia. Elita firmowa w tym czasie miała zewnętrzne spotkanie integracyjne pod granicą austriacką - góry, restauracje i inne atrakcje, o których nie mówi się głośno.

Na instastory oczywiście cisza, żeby plebs nie wiedział, że przedstawiciele handlowi i śmietanka towarzyska bawi się na Zugspitze. Dla nas zero imprezy świątecznej, co było zawsze standardem. Ja mam to w dupie, ale wiem, że inni nie. Jest coś takiego jak teoria sprawiedliwości Adamsa, w której chodzi o to, że jak czujesz, że ktoś cię robi w chuja, to przestajesz się starać. I wcale się nie zdziwię, jeśli w Black Friday połowa firmy pójdzie na zwolnienie lekarskie.

Zbliżają się święta, a ja mnie już powieka drga na samą myśl. Wyjazd do Polski zawsze kończy się tak samo: dobrą wolą z mojej strony i nerwami w strzępkach. Wiecie, moja mama to dobry człowiek, tylko żyje w alternatywnym uniwersum, gdzie logika jest umowna, a rzeczywistość naginana jest tak jak akurat jej pasuje. Na przykład ten zakaz palenia liści: ale ona przecież nie pali liści, tylko ognisko w ramach rekreacyjnych, a liście to tak przy okazji wrzuca. Albo parkowanie na prywatnym terenie - ale jest niedziela, więc tam można. I chuj, auto zaparkowane pod bramą, na której wisi jak byk znak z ostrzeżeniem i narysowaną lawetą.

Moja alergia na takie rzeczy rośnie z roku na rok, bo sorry, ale nie jestem już tym dzieckiem, któremu można wciskać kłamliwy szajs. Aby chronić siebie, stosuję metodę szarego kamienia - czyli staję się tak nudna i obojętna, że nawet kłótnia nie ma sensu. I to działa, bo ciężko by wywiązała się jakaś większa dyskusja, gdy rozmówca ogranicza się do "aha, okej, no, nie wiem, może". Wolę w tej relacji być równie interesująca co pająk w kącie.

Żeby nie wpaść w spiralę rozkładu psychicznego, zaczęłam planować przyszły rok. Na liście - Sycylia. Od dwóch lat odkładam, więc teraz ma być: słońce, pizza, po której będę zdychać i piękne widoki.

A dziś, no to taki niedzielny standard: gotuję na zapas (rosół rulez), żeby oszczedzic czas po robocie, gdy serio ani mi się nie chce, ani często siły nie mam do babrania się w garach. Do tego nowy zestaw markerów akrylowych, więc coś tam rysuję.

Mam też kolejny, idiotyczny pomysł na ozdobne talerzyki. Takie z głupimi tekstami. Tym razem jednak nie z masy papierowej lub gliny samoutwardzalnej. Jest jeszcze coś takiego jak zimna porcelana - potrzebuję tylko wikolu, mąki ziemniaczanej i chęci. Jeśli już mam świrować, to przynajmniej kreatywnie.

Ah, upiekłam też ciasto, z tego przepisu (jak zwykle tłumacz nie zawiodł)



Komentarze

  1. Pomarańczowy kutas ❤️ A z tymi emocjami miałam tak samo jak ty. W końcu jednak nie wytrzymało ani ciało, ani głowa. Poszłam na terapię, konkretnie na terapię traumy (somatic experience) i to był kurwa strzał w 10. Wydałam nie wiem, z 10 koła przez rok, musiałam wrócić do wszystkich najgorszych wspomnień, ale niczego nie żałuję, bo spokój głowy i ciała jest niesamowity. Aż mi dziwnie po tylu latach żyć w nowym ciele i z nową głową. A czy mnie było na to stać? Ni chuja, wydałam wszystkie oszczędności i liczyłam każdy grosz wydany na cokolwiek innego. Ale nie żałuję ani złotówki.

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty