Gdy świat wkurwia
Humor mam taki, że sama się dziwię, że jeszcze nie siedzę w więzieniu. Wszystko mnie wkurwia jakbym miała pms, chociaż logika podpowiada, że to niemożliwe, bo dopiero co skończyłam się okresić. Mina skwaszona, oczy podkrążone, a moja życiowa werwa... cóż, gdzieś się buja. Czuję się jak własna prababcia, serio.
Normalnie olałabym temat, bo mialam w swoim zyciu całe sezony depresyjnych klimacików. Takie dni, tygodnie, miesiące. Ale jak ktoś pierwszy raz w życiu zadaje mi pytanie czy chce się zabić, i robi to tak bezpośrednio, jakby pytał o godzinę, to nawet mnie zapala się czerwona lampka. Taka na podobieństwo tej, którą naświetlam stawy mojego Pimpeusza.
Trochę w szoku odparłam, że w tym momencie nie. W tym momencie. A w innym? Mam nadzieję, że też nie, bo jakby nie patrzeć, mam zobowiązania: kota seniora, Starego, rodziców, pracę i ogólne poczucie, że jak już tu jestem, to głupio byłoby się wymiksować. Chociaż żyć mi się wybitnie nie chce, tak funkcjonuję z przyzwyczajenia.
A jak humor siada, to u mnie od razu mniej jedzenia i spadek wagi. Na ten moment jestem świecie przekonana , że do świąt będę wyglądać jak strach na wróble. A jak niedojadam, to nastrój leci jeszcze bardziej, więc witamy w spirali ku kurwa beznadziejności.
Ale zrobiłam coś artystycznego, a to już sukces. Ulepiłam na przykład talerzo kota, który będzie idealny na spinacze w poradni pedagogiczno-psychologicznej. Potem zrobiłam stojak na kadzidła, choć sama kadzideł nie palę. Do tego rekina wielorybiego z wbudowanym magnesem, który miał wisieć na mojej tablicy, ale jest tak ciężki, że zamiast tego okupuje mojego kompa jak Pimpek sofę:D
A propos kadzideł - pamiętacie te indyjskie sklepy, gdzie było wszystko: ciuchy w stu wzorach mandali, bransoletki, słonie w różnych odsłonach i z różnych tworzyw, i zapach kadzidła tak intensywny, że wypalał zatoki?
Wracając do codzienności: zbieram prezenty na święta. Oczywiście bezużyteczne, bo żyjemy w czasach, że ma się wszystko, ale tradycja zobowiązuje do podarunków. No więc są koty, psy, kocie wzory, psie wzory, pierdoły, które nikomu nie są do życia potrzebne, ale wyglądają słodko. Kupiłam też kalendarz adwentowy dla kota. Tak, wiem. Plus zamówiłam dwie czarne, sweterkowe sukienki, bo zostałam zaproszona na kolację firmową, a w mojej szafie nie ma nic zimowego, co wyglądałoby jak ubranie, a nie piżama. A skoro były pytania, czy pracowałam w modelingu (tak, serio), to chuj - trzeba pokazać nogi.
Tu dwie szmaty, które mają przyjść kurierem:
Czy mam ochotę tam iść? Nie. Czy powinnam? Tak, bo mnie pierwszą zapraszali, a ja mam asertywność na poziomie szmaty do podlogi. Pójdę, zjem, popiję colą albo jakimś mózgotrzepem i wrócę do swojej jaskini. Na szczęście to kameralne spotkanie. Parę osób z magazynu, wysyłki, warsztatu. Biura nie zaprosiliśmy, produkcji też nie, bo produkcja to osobny wszechświat, w którym nikt nie zna imion i nikt nie mówi po niemiecku. A biuro myśli, że pracownicy fizyczni to odpad atomowy, więc olać ich.
W poniedziałek przyjechał nowy audytor. Stary był sympatyczny, ale są jakieś tam normy, przepisy, trzeba wymienić go co kilka lat. Po minięciu tego nowego w drzwiach zrobiłam szybki skan twarzy i doszłam do wniosku, że koleś wygląda na połączenie kosy i dupka. Nie omieszkałam zakomunikować tego menagerowi i dodać od siebie, że w takim razie dogadają się bez słów. Za karę musiałam prowadzić część audytowania magazynu i wciskać kolesiowi, że wiem, co robię, i że wszystko robię według norm, które tak naprawdę mam w dupie. Dobrze, że mam dar pierdolenia od rzeczy i wszystko przebiegało gładko. No, może po za tym, że gościu mówił dialektem z innego regionu Niemiec i musiałam się domyślać albo pytać wprost o co mu chodzi.
Dziś: zakupy. Lodówka pusta i ta pustka sprawiła, że byłam z siebie dumna. Wczoraj Stary zrobił hamburgery, a ja w tym czasie spałam jak zabita. Jak już wstałam, to zjadłam dwa, były sztos, ale tak mnie po nich suszyło, że wypilam dwie butelki wody i obudziłam się dziś spuchnięta jak balon. Co dziwne - brzuch mnie po bułkach nie bolał, więc albo się naprawiłam, albo ktoś mi w nocy wymienił organy.
Gotowanie ciąg dalszy: Stary chce grochówkę, więc wrzuciłam do garnka ciecierzycę. Dla siebie planuję maltańską zupę rybną, antrykot i sushi. Jutro. Nie teraz - juz mi się nie chce pierdolić w kuchni.
Zrobiłam tego viralowego kebaba z mielonego wołowego i muszę przyznać, że kula mocy przy tym to niejadalna chujnia. Pokazuję Wam fotoreportaż jak to się robi: od puree z cebuli i czosnku, po efekt końcowy.
Przygotowałam też ciasto na piernik staropolski. Od lat wieziemy je surowe 1000 km do mojej mamy, bo jej powidła śliwkowe i jej ręka do ciast (poza drożdżowymi) przebijają wszystko. Ja za to ogarniam muffiny i drożdżówki. No i torty. Próby są. Efekty mniej, ale ciężko o jakieś spektakularne, gdy nie mam dla kogo ich robić :D

















Ja mam w zwyczaju powiedzieć czasem "mam to w chuju" 🤣
OdpowiedzUsuńMasz ewidentnie talent plastyczny, czegokolwiek nie próbujesz, wychodzi pięknie.
UsuńBarbara, czy my o czymś nie wiemy? :P
Usuń😈
UsuńA może Tobie brak jakiś witamin ? Nie myślałaś o tym ? Straszne jak kobieta zmienia się od 20 do 30 roku życia. Kiedyś można było zjeść wszystko, zapić jeszcze gorszym syfem i żyć. Wczoraj umierałam po kebabie na mieście , niby miał być kraftowy ale ilość tłuszczu w nim przebiła osiągi mojej wątroby. Uznałam , że nie lubię chyba już kebabów chociaż ten vitalowy planuje zrobić. U mnie w mieście niestety nie można kupić dobrej mielonej wołowiny ;/
Usuń