Brukselka i inne formy przemocy psychicznej :)
Jesli już sięgam pamięcią do czasów, gdy byłam gówniakiem, to przypominam sobie, że moje życie kulinarne było ściśle regulowane przez reżim narzucony przez rodziców (czyli co mi podano, to miałam wpierdolic). Demokracja w kuchni nie istniała. Był talerz, był nakaz, że talerz mam oddać pusty. I może nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie fakt, że po wyprowadzce odkryłam, iż mój gust kulinarny ma z tamtym jadłospisem tyle wspólnego, co tofucznica z jajkami.
Podobno byłam niejadkiem i to takim, że potrafiłam wyrzucić z siebie fontannę wymiotów prosto do talerza. Na szczęście, nie pamiętam żadnej z tych sytuacji.
Była jedna potrawa, która śni mi się do dziś - zupa jarzynowa z mrożonki, zabielana śmietaną. To wtedy w mojej buzi zaczynał się horror. Jedzenie rosło, gardło się zamykało, dostawałam niemal torsji, w oczach zbierały mi się lzy. I dopiero po latach - jakieś piętnaście jebanych lat później - dotarło do mnie, że mój tata nalewał sobie tę samą zupe bez ani jednej brukselki.
Po latach dyktatury w domu rodzinnym kumam jedno: nie rzeczy same w sobie są złe. To przymus ich przełknięcia odbiera im smak. Ale o tym za chwilę.
Jestem z lat 90., czyli z pokolenia, które zyje w przekonaniu, że zostało wyruchane bez mydła i to jeszcze podobno było dla naszego dobra. Mówili nam, że bez matury jest się nikim, studia to klucz do sukcesu, a mieszkanie to tylko kwestia czasu. Albo nie. Że własnościowe mieszkanie to standard.
No i zajebiście, szkoda tylko, że ten klucz nie pasuje do żadnych drzwi. Bo jak się kończy studia, to rynek okazuje się przesycony magistrami i zamiast biura z widokiem na panoramę miasta, czlowiek ląduje na kasie w markecie lub w kolejce do urzędu pracy. No i mieszkanie - jest, ale trzeba je spłacać do starości. Jeśli się do niej rzecz jasna dożyje. Na wakacje można sobie oczywiście pozwolić: Hurghada, Antalya, bo Sopot lub Zakopane okazują się za drogie.
Ja nie poszłam na studia, bo czułam się zdecydowanie za glupia. I chciałam jak najszybciej zniknąć z domu. Po za tym, rodzice dali mi zajebisty przykład - oboje magistrzy, a pieniędzy nigdy nie było, zamiast tego rosnące dlugi. I to wygarnelam mamie w podstawówce, gdy znowu wygłaszała elaborat o tym, ze tylko studia dadzą stabilność finansową.
Lubiłam robić wszystko na przekór. Wciskano mi kity nie z tej ziemi, więc za punkt honoru postanowilam sobie, że będę szczera i prawdziwa. I że będę robić co JA chcę i kiedy chcę.
W czwartek, gdy wszystko szło zbyt gładko - praca okej, dzień nudny, życie nijakie - poczułam impuls, żeby wyjść ze swojej strefy komfortu. I ugotowałam brukselkę, ale po swojemu.
Smakowała średnio, ale to była moja decyzja. I to kurwa robi ogromną różnicę.




Krumelku, a pieczona brukselka? Najlepiej ze boczkiem, albo jakimś Serrano, sól, odrobina chili - podobno niektórzy szaleńcy dodają miód ;) uwierz mi, to zupełnie nowa twarz brukselki! Kocham Twoje odczarowywanie rodzinnych kitów, ale na litość, NIE JESTEŚ GŁUPIA, i nie ma to nic wspólnego z wkuwaniem na pamięć materiału, jak to było w szkołach za naszych czasów
OdpowiedzUsuńA czekaj, jeszcze się podpisze XD Himawari
UsuńLubię cię czytać, bo widzę w twoich wpisach swoje życie. Mnie rodzice zmuszali do syropu cebulowego. Ty zrobiłaś i zjadłaś tę brukselkę, ja cebuli nie zjem dobrowolnie nigdy w życiu xD wyczuję w każdym daniu i wydłubię albo nie zjem.
OdpowiedzUsuńZastanawiam się, jak możesz funkcjonować bez dodatku cebuli. Mi się wydaje, że dodaję ją do każdej potrawy :) też trochę chujowo to zabrzmi, ale cieszę się, że ktoś się ze mną utożsamia - często wmawiam sobie, że wyolbrzymiam i w ogóle nad interpretuje wszystko.
OdpowiedzUsuńNormalnie, po prostu jej nie dodaję 😂 Ale też mam takiego znajomego, co dodaje cebulę do wszystkiego i tak samo nie rozumie. On potrafi zjeść kanapkę z masłem i grubymi plastrami cebuli. Ja mam odruch wymiotny na samą myśl.
Usuń