Arak kontra ja
W sumie to nie mam dziś za wiele do powiedzenia, ale jak już zaczęłam, to niech będzie.
Kolację przeżyłam (co samo w sobie brzmi jak sukces), i było całkiem ok, głównie dlatego, że Sycylijczyk przejął całą imprezę. Serio, ten człowiek powinien mieć własny program. Standuper, komik, wodzirej, whatever. Talent do gadania ma taki, że nawet kelnerzy słuchali zamiast obsługiwać, co może tłumaczyć, czemu wszystko trwało tak długo :D czekając na nasze pierwsze napoje, już mieliśmy w planach podejść do naszego auta, bo w bagażniku mieliśmy skrzynkę piwa.
Każdy próbował przyspieszyć proces jak umiał i np. Stary z Włochem zamawiali kolejne napoje w sekundę po tym, jak dostawali świeże, a ja używałam mojego osobistego uroku i w drodze z kibla czarowałam bar. Faktycznie działało, bo moje napoje przychodziły od razu, gdy reszta czekała w nieskończoność na zamówienia.
W pracy no cóż, dramat. Patrząc na wczorajszy dzień, zaczynam się zastanawiać, czy istnieje w Niemczech firma bardziej niezorganizowana niż nasza. Bkack friday czyli jeden dzień, w którym mamy tyle zamówień, co normalnie przez miesiąc, a oni jeszcze wpadają na pomysł kręcenia filmu promocyjnego i robienia grupowego zdjęcia.
Jeśli szefostwo wyskoczy z nadgodzinami, to przykro mi, ale mogę im co najwyżej powiedzieć... nie. Sami sobie zgotowali ten burdel, to niech teraz nie oczekują, że będziemy wstawać wcześniej lub zostawać po godzinach. Zwłaszcza, że przez to ich zdjęcie dwa razy ponad 50 osób musiało zejść ze stanowisk, kilka razy musieliśmy przerywać pracę, być cicho, nie przeszkadzać - jak to się wszystko podliczy, to wyjdą trzy godziny w plecy.
Ja sama krótko przed fotami oddaliłam się z planu zdjęciowego i stanęłam za tą całą pożal się panie Boże ekipą. Sama nie wiem, czemu nie chciałam w tym uczestniczyć - chyba po prostu moje resztki godności rozkazały mi zejść. Od tamtej chwili, męska sekretarka rzucała we mnie dziwne spojrzenia, jakbym mu zabiła rodzicow. W poniedziałek wezmę go na stronę i grzecznie, ale wchuj stanowczo, wyjaśnię, że może porozumiewać się ze mną słowami, bo to jego milczące rzucanie siekierami sprawia, że czuję się niekomfortowo. Jestem bardzo ciekawa jego reakcji, zwłaszcza że to człowiek składający się z people pleasingu i przesadnego konformizmu. Ja wiem, że moje zachowanie mogło być odebrane jako brak lojalności, ale mam to ogólnie w dupie: to nie jest powód żeby mnie mierzyć wzrokiem.
A tu macie zdjęcie ozdoby (Miś Paddington) zawieszonej na naszej choince w pracy, ktora pokazuje jakie nastroje panują na hali:
Dziś dzień przebiega leniwie, bo - aż wstyd się przyznać - moje woeczorne wojaże zakończyły się wiszeniem nad kiblem. I nie, nie byłam pijana, bo ciężko się nawalić jednym drinkiem, który składał się głównie z lodu. Ale był też śmiertelnie zabójczy aperitif, którego winię za moją niemoc. Mój żołądek zastrajkowal po kontakcie z arakiem. Ten trunek smakuje jak anyżowa sieczka i ma stężenie alkoholu takie, że można by nim dezynfekować wszystko - od ran szarpanych, po sale operacyjne. Pierwszy i ostatni raz to piłam.
Zakupy spożywcze jakoś ogarnęłam, choć nie było mi łatwo. W nagrodę jednak mój Stary kupił mi przedwczesny prezent urodzinowy, choć i niego nie prosiłam: nowy telewizor. Poprzedni według mnie działał świetnie, ale on twierdził, że jak coś na ekranie się odkleiło czy odbarwiło, to jest szkodliwe dla oczu. No to mam większy i lepszy TV z pilotem wielkości dowodu osobistego, który na milion procent zgubi się w przeciągu kolejnych dni.
Oczywiście, jak to ja - w sklepie, kiedy usłyszałam, że modelu chyba nie ma na magazynie, to już w głowie układałam plan negocjacji, żeby zgarnąć sztukę z wystawy za pół darmo. Wypunktować każdą rysę, każdy odcisk palca i brak folii. Niestety, moje talenty nie zostały dziś wykorzystane, bo okazało się, że mają jeszcze dwie zapakowane sztuki. Szkoda - nadal jestem reklamowana jako geniusz zbijania ceny, a nie wiem, czy dalej trzymam poziom.
A że moje bebechy są w stanie tragicznym, ugotowałam tylko rosół i zrobiłam sobie budyń. Oczywiście jeszcze nic nie zjadłam, bo leżę pod kocem, obok gnije Pimpek, a Stary pojechał do irlandzkiego pubu, więc nie opłaca mi się jeść.
No, ale przynajmniej wstawiłam dwa prania, w tym bezrękawniki, bo jesteśmy już w tym wieku, że chodzenie tylko w bluzie kończy się zapaleniem korzonków xD xD






Misiek na choince wygral. Zycze zdrowia:)
OdpowiedzUsuń