Ah te niewypały... :)
Najpierw podzielę się z Wami przepisem na ciasto tak kosmicznie przezajebiste, że aż żal, że zdolności cukiernicze mam czasem (no dobra, prawie zawsze) na poziomie pieciolatka. Oczywiście - jak to ja - musiałam coś delikatnie zepsuć (albo i spierdolic), bo tradycja to tradycja, a ja tradycyjnie... Same wiecie :P
Jest jesień, czyli ludzie pieką cynamonki, wygrzebują przepisy babci Marysi na piernik staropolski albo szaleją z szarlotkami, jakby jabłka miały w najbliższym czasie stać się towarem luksusowym albo i zniknąć z powierzchni ziemi.
Ja wolę eksperymentować, bo nuda zabija mnie szybciej niż wszystkie rodzaje mąk razem wzięte. Po krótkim researchu internetowym padło na jesienny placek kawowy z orzechami pekan. Taki wypasiony, co to wygląda kozacko, a smakuje jeszcze lepiej. No, ale musiałam pozostać sobą i coś zepsuć po mistrzowsku. Tym razem zamiast uprazyc orzechy w piekarniku, zafundowałam im kremację :D :D Były gorzkie i czarne jak smoła, ale przynajmniej zmotywowały mnie do zrobienia kremu, co by zatuszować gorycz ich smaku i mojej kulinarnej porażki.
Muszę też przyznać - w ramach autoironii i spowiedzi pamietnikowej - że nie miałam kawy rozpuszczalnej, więc jebnęłam do ciasta podwójne espresso vel siekiera. Tyle dobrze, że zachowałam proporcje mililitrów.
Przepis na ciasto: 280g masła ubić z 280g drobnego cukru, a potem dodać 5 jajek, najlepiej od wchuj wesołych i zadowolonych z życia kurek. Następnie dorzucić 2 łyżki kawy rozpuszczalnej wymieszanej w 3 łyżkach ciepłego mleka (lub jakieś doppio, jak u mnie). Potem 280g mąki tortowej czy innej pszennej i 2 łyżeczki proszku do pieczenia. Jak masa będzie jednolita to powinno wlecieć 120g uprażonych - nie zwęglonych - orzechów pekan.
No i potem trzeba to przelać do formy i piec 35 - 40 minut w 160 stopni Celsjusza na termoobiegu, modląc się, żeby wyrosło jak trzeba :D
Po upieczeniu było nakłuwanie ciasta i nasączanie słodką miksturą (100g cukru, 1 łyżka kawy rozpuszczalnej, 100ml wody).
Przepis na krem: 100g miękkiego masła ubić ze 100g cukru pudru, dorzucić 200g serka typu Philadelphia, podzielić masę na dwie części i do jednej dodać łyżkę kawy wymieszanej z łyżką ciepłego mleka. Potem zrobić kleksy na cieście, rozpaćkać wykałaczką i posypać czekoladą oraz orzechami.
Poza tym był spacer i królik w sosie.
Zdjęć obiadu nie mam, bo ciemno już było, a ja mam zboczenie zawodowe i dla mnie dobre światło do zdjęć to must have. Ale za to mam jesienne fotki ze spaceru, więc wpis nie będzie goły :)
Oczywiście mam też tę swoją glinę, więc lepię sobie różne głupoty. Pokażę je, jak wyschną i będą pomalowane. Chociaż znając siebie, coś na pewno odpadnie, ukruszy się albo pęknie - a ja i tak wrzucę to w internet, bo czemu nie :D
Tak sobie myślę, że być chujowym też trzeba umieć :)




.jpg)



Wyglada obłędnie, chetnie bym pozarla kawaleczek:)
OdpowiedzUsuńPodaj adres - wyśle pocztą - kimkolwiek jesteś :P
UsuńCiasto marzenie:) ale afirmacja mnie ubawila, chce z nia zaczynac dzien wiec jak pozeolisz to se wydrukuje obraz pfoty.
OdpowiedzUsuńKein Problem 😊😊😊
OdpowiedzUsuń