Dzień zero
Portal Vitalia zdechł, albo inaczej - ktoś uznał, że sentymenty są nieopłacalne, a społeczność, która była tam latami, ma się bujać. W efekcie musiałam założyć tego oto bloga, żeby gdzieś wylać cały swój słowny gnój. Niech was nie zmyli nagłówek – to dalej ja: mały, poczciwy Krummel, tylko w odświeżonej wersji.
Tak, wygenerowałam logo czy tam nagłówek w czacie gpt, bo tak było szybciej. Może kiedyś edytuję coś – choćby literkę "o" żeby wyglądała jak ślad po kubku z kawą, a nie odchudzony donut. Ale na razie niech zostanie jak jest. Chat i tak zrobił mi z tego dłuższy projekt – po dziesiątym poprawianiu zaczęłam grozić mu, że przestanę się do niego odzywać. Ciągle gubił litery i w ogóle nie chciał współpracować.
Niech ostatni wpis z Vitalii zostanie moim pozegnaniem tamtego etapu. Cisza przed burzą, ostatni wdech przed łzami i rozwolnieniem, które trwa po dziś dzień.
Dla mnie to nie był tylko serwis dla znudzonych kobiet – to było miejsce, gdzie można było zobaczyć kawałek czyjegoś życia, czasem śmieszny, czasem smutny, ale wydawało mi się, że czesto prawdziwie szczery i nie raz inspirujący. Tam nauczyłam się sporo – nie o diecie i kaloriach, tylko o ludziach. O tym, jak bardzo wszyscy jesteśmy porąbani, tylko każdy po swojemu.
I dlatego to zamknięcie boli. Jakby ktoś mi zabrał ulubiony bar, gdzie wylewałam żale, słuchałam cudzych historii i czułam się częścią stada. A teraz? No cóż – zostałam sama z internetem.
Ten blog to eksperyment. Nie ogarniam go, nie chce mi się wnikać, co i jak działa. Treść ma być, dostęp ma być, kontakt z wami ma być. A reszta może się walić. Jeśli powstanie coś nowego – fajnie. Jeśli nie – trudno, choć podświadomie wypieram taką możliwość.
A teraz tydzień roboczy: trochę śmiechu, trochę wkurwu i kilka momentów, kiedy miałam ochotę wyjść z siebie, trzasnąć drzwiami i nigdy nie wracać.
Najbardziej zagotowałam się, gdy mój Sycylijczyk dostał pisemne upomnienie. Opieprzyłam go, ale nie za to, co zrobił, tylko za to, że to gówniane pismo podpisał. Nie musiał. Konfrontacja byłaby o wiele bardziej słuszna. Ale nie – on pan grzeczny nie będzie się wyklocac. Teraz już wie, że z niektórymi ludźmi najlepiej rozmawiać tylko dzień dobry oraz do widzenia, i ani słowa więcej, bo wszystko inne może zostać odebrane jako zniewaga osobista. Potem jeszcze naskoczyłam na niemieckiego Helmuta, że swoim elektrykiem popierdala po parkingu, jakby był główną postacią w grze GTA.
W środę podskoczyłam po pracy do A.. Zbliża mu się operacja serca, ale na szczęście bez rozcinania mostka – podobno jakaś innowacja, ale ja się nie znam. Fotograf wygląda zaskakująco dobrze, tylko nogi mu puchną jak balony i szybko się męczy. Ale daje radę – w każdym pokoju ma checkpoint w postaci krzesła, żeby mógł przycupnąć i złapać oddech, co bardzo ułatwia mu funkcjonowanie.
Dzisiaj pojechaliśmy na zakupy. Stary koniecznie chciał do polskiego sklepu w Bonn, więc musiałam mu zdradzić sekret, że zamówiłam polskie wędliny, które planowo mają przyjść jakoś w czwartek. Oczywiście i tak popłynęliśmy w Lidlu, gdzie kupiliśmy za dużo produktów - m.in. mrożone owoce morza, które zjadłam na kolację.
W domu nie musiałam za dużo robić, no bo mamy robota, którego nazywamy pieszczotliwe "chujkiem". Btw, mój konkubent cały czas podkreśla, że ten zakup przebił nabycie naszego srebrnego passata.
To druga sobota, gdzie wreszcie mogłam zająć się prawie tylko i wyłącznie czymś, co odciąża głowę – czyli robotą dla rąk. Rysowanie, gotowanie, w chuja granie.
Nie mam żadnych hobby, które byłyby na dłużą metę pochłaniające. Po prostu dłubię, robię, przekładam, ale bez polotu. No, ale jak mam zajęte ręce (lub nogi - podczas spaceru), to mózg nie ma kiedy produkować czarnych scenariuszy.
Ostatnio uświadomiłam sobie, że ja w te relacje to tak średnio. Nie wiem, co wypada, a co nie, więc zwykle po prostu się zamykam. Z automatu. Mam wrażenie, że jak się odezwę, to tylko komuś przeszkodzę.
I tak oto dziś znowu dałam dupy – mogłam pojechać na targi ortopedyczne, menager oferował transport w obie strony, a nawet plan awaryjny: jak mi się nie spodoba, mogę iść do zoo. Kusząca opcja, ale mój mózg powiedział asolutne nie.
No i zostałam w domu. Bo izolacja to moje drugie imię. Nawet samotny spacer nie wchodził dzisiaj w grę, bo pogoda była dla mnie nieakceptowalna. Pal licho deszcz, ale wiatr urywał łeb, a mimo że on mi płata różne figle, to jest mi w dalszym ciągu potrzebny.



😁😁😁
OdpowiedzUsuńCieszę się, że tu dotarłaś :D
UsuńJezu, jak się cieszę, że będziesz pisać. Muszę reaktywować swoje konto na bloggerze (o ile jeszcze istnieje), ale już dodaję cię do ulubionych na komórce!
OdpowiedzUsuńBędę pisać, aczkolwiek jakoś tak... No nie wiem, chciałabym żeby resztą też gdzieś się udzielała. Jak tylko reaktywujesz pamiętnik, to podziel się linkiem!
UsuńAleż ja jestem ameba, pół drogi z Gdyni na Hel walczę, żeby napisać Ci Krummelku, że cieszę się, że mogę Cię czytać. W związku z upadkiem vitki nagle mi też się zachciało pisać, ale na razie przerasta mnie ogarnięcie tematu 😱 Buziaki dla Ciebie 😘
OdpowiedzUsuńZakładaj bloga i pisz - mysle że nie jedna Vitalia ucieszy się, kiedy będzie mogła uczestniczyć w Waszych wyprawach :)
UsuńProba dodania komentarza😂, poprzedni wcielo wiec teraz krotko😅❤️
OdpowiedzUsuń