Na pełnej, jesiennej kurwie.
Mam wrażenie, że zostałam wyruchana przez zegarek. Nie wiem, kto to wymyślił, ale za każdym razem, gdy przychodzi ta jebana zmiana czasu, czuję się, jakby ktoś mi ukradł kawałek życia. Jedni się cieszą, że ooo, będziemy spać godzinę dłużej. No kurwa serio? To jest dokładnie jedna noc, w której faktycznie zyskujemy godzinę ekstra, po czym organizm i tak budzi się po staremu. W moim przypadku o piątej rano. Z Pimpkiem do kompletu.
I owszem, był piękny wschód słońca. Tylko że, kurwa, ja byłam nieprzytomna, w dresie i z katarem, więc cała magia trochę się rozmyła.
Mój chłop jęczał cały tydzień, że umiera, to znaczy, że przeziębił się biedny. A że mój Stary ma zapędy niemal altruistyczne, to katarem się podzielił ze mną. Na razie jest umiarkowanie: raz leje mi się z nosa jak z kranu, raz nie mogę oddychać w ogóle. Ale ogólnie jest całkiem spoko, w sensie, że bywało gorzej.
Jak już wstałam o tej nieludzkiej godzinie, postanowiłam upiec rogaliki (tak, znowu). Nic mi tak nie poprawia humoru, jak upierdolona kuchnia i irytacja gdy ciasto nie współpracuje. Znalazłam nowy przepis, oczywiście z moim koszmarem czyli maka Manitoba. Taki na szklanki i łyżki. Z zasady nie ufam takim amatorskim pomiarom, ale uznałam, że co za różnica - jak wszystko ważę i mierzę to też chuja z tego wychodzi.
Nie pokazałam Wam wczoraj kolacji, więc nadrabiam. Owoce morza w kremowym sosie serkowo-pomidorowym. Ostatnio zaczęłam serek kanapkowy wrzucać do wszystkiego i tym razem również wyszło zajebiście. Albo ja po prostu byłam zbyt głodna, a mój nos zbyt zatkany żeby to ocenić.
Ćwiczę, bo podobno ruch to zdrowie. Tylko, że zakroki to tortura. Nogi miałam zawsze słabe, bo jako kalisteniczny świr skupiałam się na górze. Teraz i góra, i dół płaczą. Marzę o tym, żeby zrobić cztery serie po 10 pompek i nie umrzeć w przerwie między drugą a trzecią serią. Do świąt spokojnie ogarnę - pod warunkiem, że będę się trzymać w moich postanowieniach.
Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o moich roślinach. Monstera - ta najnowsza - dalej walczy o życie. Wygląda, jakby miała mnie dość, ale jeszcze nie znalazła sposobu, jak się ewakuować z doniczki. Do tego zgubiła liść, już drugi od pobytu u mnie. Jeśli dotrwa do wiosny, wypiję za nią.
No i oczywiście, sezon dyniowy. Wszyscy zachwyceni. Social Media dosłownie rzygają teraz świeczuszkami, latte i sweterkami w skandynawskie wzory. To ja też - ambitna jak zawsze - kupiłam dynię. Tylko, że zamiast normalnej, wybrałam jakiegoś paskowanego dziwoląga. Zrobiłam z niej zupę krem. Z chorizo, pumperniklem i dużą dawką czosnku.





.jpg)





Mam wrażenie że pisanie tutaj będzie bardziej przejrzyste niz na V. Fajnie te blogi wyglądają, czuję że ta zmiana nie będzie taka zła!
OdpowiedzUsuń